News Ticker

Źródła niedocenionego zwycięstwa

Obraz 412W tych sierpniowych dniach mija 93 – cia rocznica Bitwy Warszawskiej, będącej bez wątpienia jednym z największych, obok Grunwaldu, Chocimia i Wiednia, decydujących zwycięstw polskiego oręża. Jak dziś, z perspektywy już prawie wieku, możemy spojrzeć na tamto bezprecedensowe, polskie zwycięstwo? Bardzo mało jest w historii nie tylko Europy, ale i całego świata tak decydujących i błyskotliwych wygranych w wojnach pomiędzy sąsiednimi państwami. Brytyjski lord Edgar D Aberton uznał batalię o Warszawę, trwającą od 12 do 25 sierpnia 1920 r.,  za 18 – tą, co do ważności, decydującą bitwę w historii świata. Sam jednak nie stworzył zestawienia tych osiemnastu światowych potyczek, a jedynie uzupełnił już istniejącą listę piętnastu przełomowych bitew w światowych dziejach, stworzoną w roku 1851 przez E. S. Creasya. Brytyjski dyplomata uznał, że miano 16 – tej batalii należy się bitwie pod Sedanem (1.09.1870 r. – zwycięstwo Prus nad Francją), a 17 –tej I bitwy pod Marną ( I wojna światowa, 5 – 9.09. 1914 r. – Francuzi i Brytyjczycy pokonali wtedy Niemców). Z kolei amerykański historyk J. B. Mitchell, w roku 1964, do listy E. S. Creasya dodał, poza powtórzeniem I bitwy pod Marną, dwa drugo wojenne starcia : Midway (4 – 7.06.1942 r. – morskie zwycięstwo Stanów Zjednoczonych nad Japonią) i Stalingrad (23.08.1942 r. – 02.02.1943 r. – pokonanie przez ZSRS koalicji państw faszystowskich). Amerykanin zupełnie zapomniał o polskim zwycięstwie roku 1920. Widocznie z perspektywy Ameryki zagrożenie bolszewizmem nigdy nie wydawało mu się realne.

Biorąc pod uwagę zestawienie lorda D Abertona, to w historii XX wieku, Bitwa Warszawska zajmuje drugą pozycje, zaraz po I bitwie pod Marną. Wydaje mi się, że nawet uwzględniając ważne batalie II wojny światowej : Midway, Stalingrad, Łuk Kurski (1943 r.) i Al. Alamein (1942 r.), to i tak bitwa na przedpolach Warszawy AD 1920 zajmuje miejsce wśród pięciu najważniejszych bitew XX wieku. Myślę nawet, że jest to najbardziej przełomowe i decydujące starcie zbrojne zeszłego stulecia. Każde z wymienionych powyżej walk, było bardzo ważne, ale nie ostateczne i decydujące o losach całych narodów. Gdyby Anglicy z Francuzami przegrali pod Marną, mogli zorganizować jeszcze opór przeciwko Niemcom w głębi kontynentu. Na Kursku, Stalingradzie, czy nawet Moskwie nie kończył się Związek Sowiecki i nawet, gdyby te wszystkie bitwy Rosjanie przegrali, to i tak mogliby przy udziale dywizji syberyjskich, wyposażonych w alianckie uzbrojenie, wydać jeszcze nie jedną zwycięską bitwę koalicji wojsk hitlerowskich. To samo dotyczy Midway. Amerykanie nawet przegrywając tę morską batalię i tak, prędzej, czy później pokonaliby Japończyków.

Zupełnie inaczej wygląda historia Bitwy Warszawskiej. Bolszewicy już 16 listopada 1918 r. rozpoczęli realizacją „Akcji Wisła”, czyli stopniowego przesuwania swoich dywizji na zachód w celu podboju najpierw Polski, a potem całej Europy. Hasło dowódcy, atakującego Warszawę, Frontu Zachodniego, M. Tuchaczewskiego : „Po trupie pańskiej Polski zdobędziemy całą Europę” nie było czczą przechwałką, lecz mogącym się bardzo szybko zrealizować wyrokiem śmierci na całą zachodnią cywilizację. Wojsko Polskie, po 123 latach nieistnienia dopiero zaczynało się naprędce odradzać. Niestety nie w warunkach spokojnego tworzenia nowych struktur, ale praktycznie na polu walki z bolszewikami. Kadrę dowódczą stanowili, co prawda polscy oficerowie z Legionów i wszystkich trzech państw zaborczych (najmniej z armii niemieckiej), ale stworzenie z nich jednolitej armii było bardzo trudne ze względu na konieczność ujednolicenia wojskowych procedur, taktyki i regulaminów. Oficerowie i zwykli żołnierze służący do tej pory w czterech różnych wojskowych armiach, musieli w ramach powstającego Wojska Polskiego stworzyć wspólne zasady walki i współdziałania, czasem zupełnie czego innego uczonych oddziałów. Szkolenie nowych rekrutów trwało zaledwie dwa tygodnie. Potem, świeżo upieczeni żołnierze byli od razu wysyłani na front. Z braku czasu, źle wyszkolone, nowe, polskie pułki cofały się w panice na całej linii frontu przed nacierającą na zachód z ogromnym rozmachem Armią Czerwoną.

Poza Warszawą nie było szans na stworzenie jeszcze w polskich granicach, jakiegokolwiek skutecznego oporu przeciw bolszewikom. Co prawda na zachód od Warszawy był jeszcze Poznań, gdzie ewakuowano większość instytucji rządowych, ale w praktyce zorganizowanie oporu na linii Warty nie było żadną miarą wykonalne. Na zachód od stolicy nie było już JAKICHKOLWIEK WOJSKOWYCH REZERW! Pięć dywizji tworzących Grupę Manewrową, mającą zaatakować Sowietów znad Wieprza, musiało oderwać się od ciągle atakującego ich przeciwnika, tym samym osłabiając w miejscu swojego wycofania, linię frontu. Gdyby bolszewicy przejrzeli w tym momencie polskie plany i zaatakowali w lukę po zdjętych z linii frontu dywizjach, to cały misterny plan Marszałka spaliłby na panewce.

Również sytuacja międzynarodowa była bardzo korzystna dla krasnoarmiejców. Na Węgrzech dopiero co wybuchło rewolucyjne powstanie Beli Kuna, w Czechosłowacji, Austrii i w całych Niemczech panowały bardzo rewolucyjne nastroje. Robotnicy czescy i niemieccy (w Gdańsku) odmawiali przeładunku pomocy wojskowej dla walczącej z bolszewikami Polski. Klasa robotnicza praktycznie całej zachodniej Europy czekała z niezdrową ciekawością na przedstawicieli, nikomu bliżej nie znanego, Kraju Rad. Armia niemiecka, po klęsce w roku 1918 nie była zupełnie zdolna do walki z nowymi najeźdźcami ze wschodu. Podobnie rzecz się miała w Czechosłowacji, Austrii, krajach Beneluksu i na całych Bałkanach. Polska była ostatnią realną tamą, która mogła w roku 1920 powstrzymać rozlanie się sowieckiego bolszewizmu na całą południową i zachodnią Europę. Czy choćby raz, po tylu latach od tamtych wydarzeń, jakikolwiek zachodni przywódca podziękował Polakom za obronioną przez nas ich niepodległość? Dużo lepiej jest nasz kraj oskarżać o jakieś wydumane, drugo wojenne antysemityzmy, okupacyjne kradzieże, czy inne podłości… Europa udaje, że nic nam w „dwudziestym roku” nie zawdzięcza. Kolejny raz możemy się przekonać, jak wybiórcza jest pamięć naszych alianckich sąsiadów.

Razem z Czerwoną Armią na terytorium Polski pojawili się kolaborujący z Sowietami polscy komuniści. F. Kon, J. Marchlewski, F. Dzierżyński utworzyli w Białymstoku Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski. Czekali tylko na zajęcie stolicy przez wojska Tuchaczewskiego, by stać się marionetkowym polskim rządem w pełni uzależnionym od bolszewików. Na szczęście tego się nie doczekali. Po dwudziestu czterech latach ta złowieszcza historia powtórzyła się na nowo. 22 lipca 1944 r. inni polscy komunistyczni renegaci, Wanda Wasilewska, E. Osóbka – Morawski, M. Żymierski i jeszcze jedenastu „naszych” bolszewików utworzyło Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, niby w Chełmie Lubelskim, a naprawdę w Moskwie. Niestety, tym razem, ten rząd zdrady narodowej, wspierany sowieckimi bagnetami, przejął po II wojnie światowej władzę w Polsce. Imionami zdrajców, kolaborujących z Rosjanami w roku 1920 i 1944, polskie ulice i place były nazwane jeszcze długo po 1989 r. Ale to już całkiem inna historia …

O zaciętości boju o Warszawę świadczy choćby historia walk o podwarszawski Ossów. Podczas luzowania naszego 47 i 21 pułku piechoty, broniących pozycji nad rzeczką Rządza, na styku tych pułków zaatakowała sowiecka 79 Brygada Strzelecka. Bolszewicy odrzucili atakujący od strony Ossowa polski 36 pułk piechoty, ale następujący zaraz potem kontratak naszych dwóch batalionów pozwolił odzyskać stracony teren. W nocy z 13 na 14 sierpnia Polacy ściągnęli posiłki ochotniczych: 236 pułku Legii Akademickiej i dwóch kompanii 231 pułku piechoty. Już o 4 rano nasze pozycje zaatakowały trzy rosyjskie tyraliery 235 i 236 pułku strzelców, co zostało skoordynowane z równoczesnym sowieckim atakiem na pobliski Wołomin. Polscy ochotnicy byli spychani na Ossów. W tym czasie Rosjanie atakujący Wołomin zostali powstrzymani przez nasz 47 pułk piechoty wsparty przez dwa pociągi pancerne. Bolszewicy natarli bezpośrednio na Ossów, przerywając front i siłami 79 Brygady Strzelców osiągnęli już drugą linię obrony warszawskiego przedmościa. Będący w jedynym odwodzie ochotnicy z 236 pułku Legii Akademickiej (często studenci i gimnazjaliści po zaledwie dwutygodniowym przeszkoleniu wojskowym), ruszyli do kontrataku, ale niedoświadczeni, młodzi żołnierze zostali zatrzymani ogniem broni maszynowej i musieli wycofać się z Ossowa. Ponowiono kolejne polskie, rozpaczliwe kontruderzenie siłami zaledwie dwóch kompanii 236 pułku. Pierwsza kompania zatrzymała się w ogniu ckm – ów, ale druga, złożona głównie z harcerzy i gimnazjalistów, dotarła do wschodniego skraju wsi. Wtedy też zginął idący razem z żołnierzami, 26 letni ksiądz Ignacy Skorupka. Sowiecka kula ekrazytowa (wybuchająca w momencie uderzenia w cel) rozerwała mu głowę, gdy udzielał ostatniego namaszczenia rannemu żołnierzowi. Obie kompanie, wzmocnione jeszcze dwoma kompaniami 221 pułku piechoty, jeszcze raz zaatakowały pozycje 79 Brygady Strzelców. Nie udało im się wyprzeć Sowietów, ale zatrzymały ich dalsze natarcie, tym samym umożliwiając polskiej 8 Dywizji Piechoty na uporządkowanie swoich pozycji obronnych. Około 7 rano dowodzący całością polskiego odcinka obrony płk S. Burhardt Bukacki zebrawszy wszystkie siły jakimi dysponował : rozbite oddziały 33 i 36 pułku piechoty, pułki ochotnicze i nowoprzybyły 13 pułk znowu zaatakował sowiecką brygadę. Bolszewicy będący już pewni zwycięstwa zostali zupełnie zaskoczeni. Około 10 rano zostali ostatecznie, przez 13 pułk piechoty, wyparci z Ossowa. Do dalszego polskiego natarcia dołączył jeszcze 47 pułk piechoty i wspólnymi siłami ci wszyscy pozostający w tym rejonie nasi żołnierze całkowicie rozbili dwa sowieckie pułki 79 Brygady Strzelców, a cała Brygada, jako już nie zdolna do dalszej walki została wycofana z frontu. Dopiero wtedy udało się odnaleźć ciało poległego polskiego kapelana 236 pułku Legii Akademickiej. Ciało księdza Skorupki już po śmierci zostało wielokrotnie skłute sowieckim bagnetami. Bolszewicy „specjalizowali” się w bezczeszczeniu ciał poległych duchownych. Niedaleko przydrożnego krzyża upamiętniającego miejsce śmierci księdza odnaleziono niedawno ciała kilku zabitych bolszewików. W tym miejscu przedstawiciele kancelarii Pana Prezydenta B. Komorowskiego odsłonili pomnik sowieckich żołdaków. Być może w ten specyficzny sposób upamiętnili właśnie tych krasnoarmiejców, którzy już po śmierci kłuli bagnetami ciało polskiego kapelana. Zresztą w pierwotnej wersji ów pomnik posiadał, wkomponowane w swoją bryłę, „śliczne” bolszewickie bagnety. Doprawdy, przedziwne są niektóre pomysły obecnego Pierwszego Obywatela Rzeczypospolitej …

Bitwa o Ossów była pierwszą rosyjską porażką w Bitwie Warszawskiej. O zaciekłości tych walk niech świadczy bilans zabitych : 625 Polaków i około 600 bolszewików i inskrypcja na ossowskiej kaplicy : „ 14 sierpnia 1920 r. siedemkroć odpieraliśmy hordy bolszewickie i tu padliśmy u wrót stolicy, a wróg odstąpił.”

Wart przytoczenia jest jeszcze jeden krwawy i bardzo istotny epizod walk o naszą stolicę. Gdy Sowieci zajęli już w okolicach Radzymina Kąty Węgierskie ujrzeli ze swoich pozycji, po raz pierwszy na własne oczy, światła już bardzo bliskiej Warszawy. Wtedy to znajdujący się na ich tyłach wraz ze swoim słabym, 30 –  to osobowym batalionem porucznik Stefan Pogonowski postanowił, z własnej inicjatywy, zaatakować tyły Rosjan. Spowodował tym w ich szeregach olbrzymią panikę. Bolszewicy uznali, że zostali otoczeni przez jakieś bliżej nie znane, polskie oddziały. Swój śmiały atak porucznik przypłacił śmiercią  własną i prawie połowy swojego oddziałku. Według gen. L. Żeligowskiego był to psychologiczny moment zwrotny w historii całej wojny. „(…) Batalion nie czekając na godzinę ogólnego natarcia, zaatakował, jak się potem okazało, najczulsze miejsce armii rosyjskiej, centrum głównej arterii nieprzyjacielskiego ruchu naprzód.” (gen. L. Żeligowski). Od tego szturmu, w zamieszaniu spowodowanym tym niespodziewanym, praktycznie „z nikąd” atakiem, rozpoczął się odwrót na wschód trzech bolszewickich brygad piechoty, które od początku sowieckiej ofensywy, aż do tego dnia, parły nieprzerwanie naprzód.

Co zadecydowało, że w Bitwie Warszawskiej odnieśliśmy tak spektakularne zwycięstwo? Powodów jest co najmniej kilka. Na nasz największy militarny tryumf XX wieku złożyło się parę czynników, które w połączeniu ze sobą dały Polsce niepodległość na niespełna dwadzieścia lat.

Bezsprzecznie pierwszym powodem zwycięstwa jest tak samo nowatorski, jak i ryzykowny manewr zaatakowania flanki sowieckich sił przez Grupę Manewrową dowodzoną przez marszałka Józefa Piłsudskiego. Nie jesteśmy dziś w stanie ustalić ze stu procentową pewnością, kto był autorem tego oryginalnego planu. Ale nawet, jeżeli sam pomysł ataku na skrzydło wroga stworzył, jak tego chce część historyków, Szef Sztabu WP, gen. Tadeusz Jordan – Rozwadowski, to i tak ostateczną decyzję wprowadzenia go w życie podjął Naczelny Wódz – marszałek Józef Piłsudski. Francuscy doradcy wojskowi, przywykli do pierwszo wojennych walk pozycyjnych wręcz odradzali Marszałkowi tak śmiały manewr, sugerując płytkie uderzenie na skrzydło wroga w rejonie Mińska Mazowieckiego i okopanie się głównymi naszymi siłami na przedpolach Warszawy. J. Piłsudski zdecydował inaczej. Na pewno sam dopracował szczegóły planu, przyśpieszył o jeden dzień jego rozpoczęcie, zaryzykował i wygrał.

Drugim bardzo ważnym czynnikiem było podarowanie Polsce przez węgierski rząd premiera Pala Telekiego ogromnej pomocy militarno – materiałowej. W sumie bracia Węgrzy podarowali nam i dostarczyli do Polski (co było kluczowe w sytuacji wrogiego nastawienia do nas sąsiadujących z nami państw): 48 mln sztuk nabojów do karabinów Mauser, 13 mln sztuk amunicji do karabinów Mannlicher, tysiące sztuk amunicji artyleryjskiej, 30 tysięcy karabinów Mauser, kilka milionów różnych części zapasowych, 440 kuchni i 80 pieców polowych. 12 sierpnia, w decydującym momencie Bitwy Warszawskiej, dotarł z Węgier do Skierniewic transport 22 mln sztuk amunicji do karabinów Mauser. Gdyby nie ta, przysłana bardzo na czas pomoc, podczas obrony stolicy pewnie by Polakom zabrakło amunicji. Mógłby powstać wtedy taka sama tragiczna sytuacja, jaka wydarzyła się 24 lata później, podczas Powstania Warszawskiego, gdy była wystarczająca liczba Powstańców, nawet i karabinów, ale zupełnie zabrakło wszelakiej amunicji. Bracia Węgrzy, jeszcze raz bardzo Wam dziękujemy za ten „dar życia” dla naszej stolicy!

Następnym zbawiennym dla nas wydarzeniem był konflikt pomiędzy bolszewickim głównodowodzącym, S. Kamieniewem, a oficerem politycznym Frontu Południowo – Zachodniego … J. Stalinem. Można by przewrotnie powiedzieć, że upór i głupota przyszłego sowieckiego generalissimusa przyczyniła się do naszego wygrania Bitwy Warszawskiej. 10 sierpnia 1920 r. głównodowodzący S. Kamieniew rozkazał dowódcy Frontu Południowo – Zachodniego, A. Jegorowowi przekazać z dniem 14 sierpnia do dyspozycji atakującego Warszawę Frontu Zachodniego, M. Tuchaczewskiego, 1 Armii Konnej S. Budionnego i 12 Armii. Gdyby te dwie wielkie jednostki, zgodnie z planem rosyjskiego dowództwa, zaatakowały na czas stalicę z południowego wschodu, to idąc do Warszawy, rozbiłyby polską Grupę Manewrową znad Wieprza i wtedy pewnie już nic nie uratowałoby stolicy Polski. Na szczęście dla nas, Stalin który miał własny pomysł, najpierw zdobycia bogatego Lwowa ( na grabież Warszawy oddziały Frontu A. Jegorowa nie miałyby szansy i tak zdążyć), a potem kontynuowania bolszewickiego pochodu na południowy zachód Europy. Przekonał dowódcę Frontu Południowo – Zachodniego do odwlekania wykonania rozkazu wyższego dowództwa. Gdy wreszcie Armia Konna ruszyła  na wschód, było już po Bitwie Warszawskiej i S. Budionny zdążył tylko wziąć udział w bitwie o Zamość (31.08.1920 r.), gdzie zresztą jego Konarmia została ostatecznie rozbita.

Ostatnim strategicznym elementem polskiego zwycięstwa z pewnością było zdobycie w śmiałym wypadzie kawaleryjskim 203 pułku ułanów, w Ciechanowie (15 sierpnia), sztabu IV Armii bolszewickiej wraz z jedną z dwóch znajdujących się przy tej Armii radiostacją. Dzięki temu IV Armia pozbawiona sztabu i możliwości odbierania rozkazów od swojego dowództwa trwała bezczynnie na swoich pozycjach, zamiast wziąć udział we właśnie rozpoczynającej się Bitwie Warszawskiej. Druga armijna radiostacja była skutecznie zagłuszana przez polskich radiotelegrafistów, przez co również nie mogła odebrać rozkazów od głównodowodzącego S. Kamieniewa. Nie bez znaczenia jest też fakt, że nasi kryptolodzy bardzo szybko złamali sowieckie szyfry i polskie dowództwo wielokrotnie równocześnie z adresatem poznawało treści rosyjskich rozkazów.

Ale były również zdarzenia epizodyczne, które mogły zmienić wynik Bitwy Warszawskiej. 13 sierpnia Sowieci znaleźli przy zabitym polskim dowódcy ochotniczego pułku piechoty, mjr W. Drohojewskim, plany polskiej kontrofensywy znad Wieprza. Na szczęście nie uwierzyli w te materiały, uważając, że są one celową polską dezinformacją mającą na celu opóźnienie sowieckiego, bezpośredniego ataku na Warszawę. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby jednak dostosowali swoje plany do zdobytych niespodziewanie informacji.

Ostatnim, bardzo heroicznym, choć tylko wydarzeniem o lokalnym wymiarze, był bój o Zadwórze, określany mianem „Polskich Termopil”. W nierównej walce około 330 polskich, lwowskich ochotników pod dowództwem kpt. B. Zajączkowskiego zdobyło stację kolejową w Zadwórzu i w ciągu 11 godzin odparło aż sześć ataków całej 6 Dywizji Konnej S. Budionnego. Opóźniło to sowieckie podejście do Lwowa i być może w praktyce uratowało to polskie miasto. Bolszewiccy barbarzyńcy rozwścieczeni tak wytrwałym oporem naszego batalionu wymordowali wszystkich polskich rannych, a potem jeszcze bezcześcili zwłoki poległych obcinając im głowy i kończyny. O tym, jak bardzo zmasakrowali pokonanych Polaków niech świadczy fakt, że na znalezionych 318 ciał tylko 106 udało się rozpoznać. Azjatyckie okrucieństwo, niestety jeszcze wielokrotnie nie było oszczędzone naszym żołnierzom. W tamtych dniach dosłownie własnym, często bardzo poranionym ciałem, osłanialiśmy resztę Europy od azjatyckiej dziczy potomków Czyngis – chana i Iwana Groźnego …

Myślę jednak, że najważniejszym powodem naszego zwycięstwa w roku 1920 było to, że Polacy nie uwierzyli bolszewikom, iż głoszą oni ideę powszechnej szczęśliwości, równości i proletariackiego braterstwa. Po raz pierwszy w historii nowożytnego świata Armia Ochotnicza gen. Józefa Hallera, powołana 7 lipca 1920 r,, zgromadziła w swoich szeregach aż 105 000 zgłaszających się na ochotnika żołnierzy! Stworzono z nich aż 21 ochotniczych pułków Wojska Polskiego, które swoim zaangażowaniem i ofiarnością w walkach przechyliły szalę zwycięstwa na naszą stronę. Ani polscy chłopi, ani robotnicy, nie mówiąc już o reszcie społeczeństwa nie posłuchali nawoływań Sowietów, żeby wspólnie z nimi nieść sztandar światowej rewolucji i obalać „burżujów i kułaków”. Polskie społeczeństwo wykazało ogromną dojrzałość nie dając się zwieść populistycznym hasłom palenia dworów, brania w swoje ręce „pańskiej” ziemi i wymierzania tak zwanej „ rewolucyjnej sprawiedliwości”. Nie zachowaliśmy się tak, jak niedojrzałe narody Niemców, Czechów, czy Austriaków, którzy tylko przebierali w miejscu nogami, nie mogąc wprost się doczekać rządów komunistycznej praworządności. Dzięki dojrzałości i czynnemu zaangażowaniu polskiego społeczeństwa, te nie gotowe na walką z czerwonym proletariatem, europejskie społeczności mogły ostać się  przy życiu w roku 1920.

W roku 1935 ówczesny prymas Polski kardynał August Hlond stwierdził, że w 1920 roku w Polsce została ocalona cywilizacja chrześcijańska. Szkoda, że w tak niewielu krajach się o tym jeszcze pamięta.

Myślę, że Bitwa Warszawska była najbardziej decydującą i przełomową bitwą XX wieku. Nigdy wcześniej, ani później losy Europy tak bardzo nie zależały od postawy i niezłomności tylko jednej armii. Armii Wojska Polskiego marszałka Józefa Piłsudskiego. Pamiętajmy o tym, gdy kiedyś za granicą, ktoś nas zapyta, co Polska zrobiła dla Europy i dla świata.

Jarosław Lewandowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*