News Ticker

Wyklęta historia

Światowi i nasi krajowi znawcy historii dzielą się na ogół na dwie kategorie badaczy. Jedni wyznają zasadę, że nic powtórnie się nie zdarza, zgodnie ze słynnym zdaniem Heraklita z Efezu, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Drudzy uważają, że historia lubi się powtarzać i podobnie jak fortuna, ciągle kołem się toczy. A skoro się powtarza, to warto ją znać, żeby uchronić się w przyszłości od jej dawnych błędów. I przede wszystkim należy wiedzieć kim jesteśmy, skąd przyszliśmy i jakie mamy prawo do własnej narodowej tożsamości. Wiedzę tę nasi przodkowie zawsze wynosili ze szkoły, bez względu na to, ile klas przyszło im ukończyć. Bez niej nie można tak naprawdę zrozumieć miejsca Polski we współczesnym, bardzo złożonym i wcale nie czarno – białym świecie. Z tej wiedzy wynika jasno, że nie mamy powodu do wstydzenia się naszej historii i że wszystko co mieliśmy i mamy zawdzięczamy własnej, ciężkiej pracy, a w momentach przełomowych i w czasach wojen – bohaterstwu prawie całych polskich pokoleń. Nie można zrozumieć całej złożoności naszych dziejów nie poznawszy ich na lekcjach historii, nie przeczytawszy dobrych książek historycznych, czy nie obejrzawszy historycznych filmów i seriali.

Taką politykę historyczną prowadził zawsze śp. prezydent Lech Kaczyński, bez względu na stanowisko jakie zajmował. Jeszcze, będąc prezydentem Warszawy, w odpowiedzi na roszczenia Powiernictwa Pruskiego w stosunku do Polski, wystawił Niemcom rachunek za doszczętne zniszczenie naszej stolicy podczas II wojny światowej. Uzmysłowienie Niemcom (nie jakimś bliżej nieznanym hitlerowcom), że Polska ma realne i moralne prawo wystąpić do nich o reparacje za całą II wojnę światową wysokości biliona dolarów przywróciło właściwe proporcje w określeniu kto w latach 1939 – 1945 był katem, a kto ofiarą. Ta ogromna kwota to ponad sześciokrotnie więcej niż wynosi nasz obecny produkt krajowy brutto lub ponad połowa rocznego PKB dzisiejszych Niemiec. Czy ktokolwiek z obecnego obozu władzy „odważyłby” się na wystawienie podobnego, zupełnie oczywistego rachunku, w stosunku do Niemiec? Już słyszę te „politycznie poprawne” głosy protestu, że to przecież nie wypada, że tamci „źli”, to byli jacyś hitlerowcy, a my w stosunku do zachodniego sąsiada patrzymy tylko w naszą wspólną, świetlaną przyszłość. Być może D. Olbrychski wygłosił by kolejny miłosny poemat, tym razem skierowany do „przyjaciół Niemców”.  Prezydent Warszawy, Lech Kaczyński utworzył również nowoczesne Muzeum Powstania Warszawskiego, nie mające swojego odpowiednika w żadnym innym kraju Europy. Tym samym stworzył niepowtarzalną szansę dla młodzieży do nauki historii własnego kraju w ciekawy i niekonwencjonalny sposób. Setki tysięcy odwiedzających to miejsce Polaków udowodniły, że jesteśmy społeczeństwem ciekawym własnych dziejów. Ten sam Lech Kaczyński będąc już prezydentem Polski, 1 września 2009 r., potrafił, nieoczekiwanie dla wszystkich, przeprosić Czechów i Słowaków za zajęcie przez polskie wojska Zaolzia w roku 1938. Chociaż Czesi nigdy nas nie przeprosili za zajęcie tamtych polskich ziem w roku 1920. Po prostu śp. Lech Kaczyński prowadził sprawiedliwą i racjonalną politykę historyczną Polski, nie z pozycji „chłopca do bicia”, ale wynikającą ze słusznego poczucia własnych wartości.

Niestety, z nastaniem następnych rządów Platformy Obywatelskiej polska polityka historyczna legła całkowicie w gruzach. I to w wydaniu krajowym, jak i na forum międzynarodowym. Znamienne są w tej sprawie różne wypowiedzi pana premiera Donalda Tuska. Zacytuję jedynie dwie z nich. Wspominając swoich dziadków D. Tusk stwierdził : „Ich bin Danziger – z dumą mówili o sobie moi dziadkowie (…)” Następnie wspominał swoją rozmowę z dziadkiem : „(…) niemiecki jest twoim pierwszym językiem, w 1945 wybrałeś Polskę, więc kim jesteś? Kaszubem? Polakiem? Niemcem? A on spojrzał zdziwiony i powiedział : Jestem tutejszy, biesege …” („Gazeta Wyborcza” 15-16. 10. 2005 r.) Nie, że jesteśmy Polakami, nawet nie Gdańszczanami tylko Danzinger … Myślę, że żadnemu z polskich obrońców Poczty Gdańskiej nawet by do głowy nie przyszło powiedzieć o sobie : Ich bin Danzinger. A po wojnie dziadkowie przyszłego premiera Polski byli w Polsce tylko tubylcami … Cytaty te pozostawię bez komentarza.

To, co stało się trzy lata później musi budzić jeszcze większe zdziwienie, wręcz niedowierzanie. Pan premier D. Tusk wypowiedział się, że : „Polska to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niewdzięcznego tematu.” ( „Gazeta.pl” 15.10.2008 r.) Myślę, że gdyby jakiś zuluski kacyk z afrykańskiej  dżungli ogłosił swoim współplemieńcom, że „zuluskość to nienormalność” , natychmiast przestałby być kacykiem. W ponad 38 milionowym narodzie podobne wypowiedzi przechodzą prawie bez echa. Niestety nie do końca. Za tą kuriozalną wypowiedzią poszły i konkretne działania, albo mówiąc precyzyjniej, zaniechanie pewnych działań. Ministerstwo Edukacji Narodowej wyeliminowało naukę historii z większości szkół. Dzieci i młodzież, tak jak przed laty, są skazani na własne dociekania historycznych prawd. W czasach, gdy słowo pisane jest coraz mniej popularne, a książki czytają tylko nieliczni, w Polsce przez ostatnie lata nie powstał żaden rzetelny film historyczny. Co by było, gdyby jakiś np. Amerykanin chciał poznać historię Polski z najnowszych naszych produkcji telewizyjnych lub filmowych? Pewnie obejrzałby „ W ciemności” A. Holland, gdzie pięknie ubrani Polacy razem z okupującymi Lwów Niemcami przechadzają się po swoim mieście, jakby wojenne restrykcje wcale ich nie dotyczyły. Tylko Żydzi muszą ukrywać się w kanałach i tylko oni są celem niemieckiego terroru. Następnie zobaczyłby „1612” – historyczną produkcję powstałą na zlecenie Moskwy, mającą uczcić rocznicę wygnania polskiej załogi z Kremla. Zupełnie nie wiadomo, dlaczego w tym pro rosyjskim filmie główną rolę gra M. Żebrowski. Jaszcze mniej wiadomo, dlaczego w ogóle został on pokazany w naszych kinach. Chcąc dalej zgłębiać historię dawnych polskich dziejów, ciekawy turysta obejrzałby film „Bitwa pod Wiedniem”. Coś tam słyszał, że to jedno z największych naszych zwycięstw. Co tymczasem zobaczył na kinowym ekranie? Tylko włoskiego, baśniowego mnicha montującego antyturecką koalicję w imię obrony jakiejś wiary. W ramach „politycznej poprawności” nawet nie mówi się w filmie, że to chodzi o obronę chrześcijaństwa. Po co znowu przypominać o „wojujących katolach”? Jan III Sobieski, który uratował wtedy Europę od zalewu tureckiego barbarzyństwa, przedstawiany jest tylko, jako postać znajdująca sie gdzieś na marginesie całych wydarzeń. Mówi się o nim, jak o władcy, który „znów nie dotrzyma swoich obietnic”. To, że nie tylko dotrzymał danego przyrzeczenia, ale i przybył z całą polską, wojskową potęgą pod Wiedeń, skutecznie broniąc zachodnio – europejskiej kultury, w całym filmie w ogóle nie pada. Wszystkiego dokonał tajemniczy, gnostyczny mnich pojawiający się pod różnymi, dziwnymi postaciami. Czy ponad trzysta lat po wiktorii wiedeńskiej, w wolnej Polsce musimy oglądać na ten temat tylko takie filmowe fantazje? Po tych dawnych przeżyciach czas na obejrzenie czegoś bardziej współczesnego. „Pokłosie” Wł. Pasikowskiego pokazuje w „całej krasie” polski antysemityzm i zwierzęcy prymitywizm nie tylko w czasie wojny, ale i prawie że współcześnie. Nie jest ważne, że ten obraz jest kolejną potwarzą i zniewagą godzącą w dobre imię Polski i że z prawdą historyczną nie ma nic wspólnego. W ramach domowego odpoczynku mógłby obejrzeć francusko – polski serial telewizyjny „Szpiedzy w Warszawie”. Jak to dzielny, francuski oficer usiłuje uratować nieświadomych niebezpieczeństwa Polaków od zagrożeń wojny z Niemcami. Na koniec obejrzy pewnie najnowszą „historyczną” produkcję : „Tajemnice Westerplatte”. Polscy obrońcy strażnicy tak bardzo są zajęci zwalczaniem dezercji i niesubordynacji we własnych szeregach, że prawie nie mają czasu na walkę z Niemcami. Zupełnym kuriozum jest scena bójki na pięści pomiędzy dwoma podoficerami dowodzącymi wartownią na oczach swoich podwładnych. Tak są zajęci wzajemnym tłuczeniem się, że dopiero telefon z dowództwa alarmuje ich, że atakują Niemcy …  To praktycznie wszystkie tak zwane historyczne obrazy ostatnich lat. Chlubny wyjątek stanowi „Bitwa Warszawska 1920”, w której chociaż Polacy nie są przedstawieni, jak ponure kreatury. Samo „nowatorskie” podejście do tematu, rozdrapywanie ran, których tak naprawdę nie było, robienie z samych siebie prymitywów i pospolitych bandytów. Jak inni mają nas szanować, gdy sami siebie tylko potrafimy oczerniać? Na koniec bieżącej edukacji historycznej mógłby wysłuchać prezydenta RP – B. Komorowskiego, który zabrał głos w 150 rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego. Mimo uważnego wysłuchania Pierwszego Obywatela Polski, nasz turysta nie dowiedział się z Jego słów przeciwko komu było właściwie skierowane to powstanie. Może znowu, jak na Westerplatte, Polacy „tłukli się” sami pomiędzy sobą? Znowu „polityczna poprawność” sprawiła, że Pan Prezydent jakoś nie wspomniał, że wtedy walczyliśmy z okupującymi nasz kraj Rosjanami…

Dopełnieniem tego wszystkiego jest list skierowany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego do uczestników obchodów 70- cio lecia mordu w Jedwabnem. Pan prezydent groźnie przypomina, że : „Naród ofiar [ czyli Polacy] musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą.” Nic dziwnego, że różne ziomkostwa, czy inne Ruchy Autonomii Śląska coraz śmielej podnoszą głowy przeciwko naszemu państwu.

Znany celebryta i główny bohater „Pokłosia” był uprzejmy wypowiedzieć się, że : „ (…) Przywiązywaliśmy dzieci pod Cedynią, jako tarcze i to jest super. (…)” Mój dziadek, który był zwykłym piekarzem, nie potrafiłby pewnie surfować po internecie, czy tak pięknie jak M. Stuhr uśmiechać się do obiektywu kamery. Ale do późnej starości potrafił, zawsze z pamięci, wymienić wszystkich polskich królów, daty rozbiorów i ważnych polskich bitew. Na pewno też nie pomyliłby Cedyni z Głogowem i wiedziałby, kto tam był ofiarą, a kto sprawcą. Ale jego przed wojną naprawdę uczyli historii Polski, choć nie dane mu było ukończyć żadnych uniwersytetów. Niestety, obecne pokolenie młodych Polaków wyrasta, nie z własnej winy, na całe roczniki historycznych ignorantów.

Miało być o Żołnierzach Wyklętych, napisałem o wyklętej historii naszego kraju. Można i należy dziś sobie zadać pytanie : Czy gdyby żołnierze Drugiej Konspiracji, ale i Obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku, żołnierze z pod Wizny, czy Powstańcy Warszawscy byli, tak jak obecna młodzież, pozbawieni nauki historii, wychowywani na zakłamujących historię Polski filmach i serialach, to czy w momencie swojej największej, życiowej próby zachowaliby się tak samo? Często musieli walczyć nie w zgrupowaniach, batalionach, czy kompaniach, ale w plutonach i w sekcjach, na zupełnie osamotnionych placówkach. Wielokrotnie będący sami dla siebie dowódcami wyznaczali sobie niewykonalne zadania. Ale ze szkoły, domu, kina, czy rocznicowego odczytu wynieśli niezbędną wiedzę o swojej narodowej tożsamości. Skoro stała za nimi tysiącletnia, zaszczytna tradycja Narodu, wręcz „nie mogli” zachować się inaczej. Ale im nigdy nikt nie wmawiał, że „polskość to nienormalność”, że powinni wstydzić się swojej tradycji. Zawstydzeni żołnierze „kładą uszy po sobie” i jak niepyszni uciekają z pola walki.

Obyśmy my sami, ani nasi potomkowie nie musieli nigdy więcej przeżywać takich zbrojnych wydarzeń i podejmować tak dramatycznych decyzji. Ale czysta, nieskalana „ unijną poprawnością,” narodowa tradycja pomaga również lepiej odnaleźć swoje miejsce we współczesnym świecie. Jeżeli nasi przodkowie (nie homofobiczni, antysemiccy „sprawcy”) potrafili oddawać  życie na swój kraj, to nam nie wypada nic innego, jak też zachowywać się patriotycznie. A dziś to oznacza płacić na czas podatki, dbać o środowisko naturalne, reagować na niesprawiedliwość dziejącą się obok nas. Jeżeli natomiast, jak nam usiłuje się zewsząd imputować, pochodzimy od drobnych geszefciarzy, złodziejaszków i prymitywnej, dzikiej tłuszczy, to dlaczego mielibyśmy dbać o nasz kraj?

To zatracenie narodowego wyrazu, często w historii sprzecznego z interesami naszych sąsiadów, będzie prowadzić w prostej linii do utraty pro państwowego myślenia, zlewania się w jedną bezbarwną i bezwolną „zjednoczoną” Europę. To prawda, ze taką bezwiedną masą łatwo kierować i stopniowo ją wynarodawiać. Myślę jednak, że naszemu rządowi powinno chodzić o coś zgoła odwrotnego. Nawet jeżeli Bruksela, Berlin i Moskwa z tego powodu będą się do nas rzadziej uśmiechać.

Jarosław Lewandowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*