News Ticker

Utracone pola Ukrainy

Obraz 41270 lat temu południowo – wschodnie Kresy Rzeczypospolitej bez żadnego powodu spłynęły krwią. Bez ostrzeżenia, przyczyny, żadnego ludzkiego wytłumaczenia. Żyjący przez całe wieki obok nas polscy obywatele ukraińskiego pochodzenia postanowili, tak po prostu, wyrżnąć „w pień” mieszkających obok nich Polaków. Nasi rodacy nie dali im do tego, żadnego nawet najmniejszego powodu. W historii światowych, XX wiecznych, konfliktów, ten akt ponad stu tysięcznego, cywilnego bestialstwa, nie ma sobie równych. Wcześniej zdarzały się wzajemne mordy pomiędzy walczącymi ze sobą wrogimi armiami. Gwałt niejednokrotnie odciskał się gwałtem, akcja budziła reakcje. Na Wołyniu cywilni, ukraińscy sąsiedzi we wspólnej zmowie postanowili wymordować polskich cywilów, którzy nic im nie zawinili. Nie były to także żadne działania prewencyjne. Ukraińcom tak samo w przeszłości, jak i w przyszłości nie groziło NIC ZŁEGO od polskich współmieszkańców Wołynia. Pomimo tego dopuścili się, niespotykanych pod względem okrucieństwa i swojej masowości, ludobójczych mordów. Historia nowożytna nie zna tylu tak zwyrodniałych i wymyślnych sposobów zadawania cierpienia swoim bezbronnym ofiarom. Nawet azjatyckie hordy Czyngis – chana i zdziczałe bolszewickie żołdactwo z lat 1919 – 1921 mogłoby się uczyć okrucieństwa od tych ukraińskich wieśniaków.

Wobec tej porażającej zbrodni zupełnie niezrozumiała jest postawa polskiego Sejmu i rządu. Ekspozycja dotycząca tego mordu została, jakby wstydliwie, „upchnięta” w Nowym Domu Poselskim, gdy w tym samym czasie, w najbardziej reprezentacyjnym miejscu naszego parlamentu, była prezentowana wystawa dotycząca homoseksualistów. Zabrakło również woli całego Sejmu, żeby dzień 11 lipca ustanowić Dniem Pamięci o Rzezi Wołyńskiej. Pewnie, by nie psuć dobrego nastroju, jak powiedział R. Sikorski „młodej, ukraińskiej demokracji”… Nazwanie przez polski parlament wołyńskiej zagłady „ (…) czystką etniczną o znamionach ludobójstwa” jest całkiem niepojętym zakłamywaniem historii. Termin „ludobójstwo”, nie poprzedzany żadnymi „znamionami” oddaje w pełni istotę wydarzeń na polskich Kresach w latach czterdziestych ubiegłego stulecia.

Określenie „ludobójstwo” zostały wprowadzone do języka prawnego w ramach Konwencji ONZ w sprawie Zapobiegania i Karania Zbrodni Ludobójstwa, podpisanej 9 grudnia 1948 r., zgodnie z definicją określoną przez polskiego prawnika Rafała Lemkina. Artykuł II Konwencji definiuje ludobójstwo, jako czyn dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych. Co prawda określenie to nie jest do końca wyczerpujące, bo nie wspomina o grupach politycznych i klasowych, które także należałoby włączyć do tej definicji, ale nawet w tej niepełnej formie całkowicie pasuje do II wojennej  rzezi na polskich Kresach. Uchwalona głosami posłów PO słowna efemeryda, mówiąca o „znamionach ludobójstwa”, które nie jest „ludobójstwem” miałaby posłużyć lepszym stosunkom polsko – ukraińskim i nie zaszkodzić ukraińskim aspiracjom do przyszłego członkowstwa w Unii Europejskiej. Nic bardziej mylnego! Dlaczego dążenia jakiegoś innego kraju mają być, dla polskiego rządu i partii w Polsce rządzącej, ważniejsze od głośnego, zgodnego z prawdą historyczną, nazwania po imieniu tamtych bestialskich zbrodni? Czy, idąc dalej tym dziwnym rozumowaniem, rząd PO określi gwałty dokonywane przez ukraińskich żołdaków na polskich kobietach w Powstaniu Warszawskim mianem „ czystki etnicznej o znamionach gwałtu”? Całkiem niedorzeczne wydają się być słowa polskiego ministra Spraw Zagranicznych, Radosława Sikorskiego : „ Czy chcemy pomóc młodemu narodowi ukraińskiemu radzić sobie ze swoją przeszłością, czy chcemy ich nadmiernie upokorzyć”. Od kiedy nazywanie po imieniu zbrodni jest „nadmiernym upokarzaniem” zbrodniarza??!! Poseł Platformy, A. Szejnfeld wypowiedział się publicznie, że nie ma wątpliwości, że podczas II wojny światowej mamy dotyczenia na Wołyniu z ludobójstwem Polaków, ale dla dobrych wzajemnych stosunków nie należy używać tego określenia. Co do tego mają obecne, wzajemne stosunki Polski i Ukrainy? Skoro nawet politycy rządzącej Polską partii nie chcą właściwie określić tamtych zbrodni, to jak mamy tego oczekiwać od samych Ukraińców?

Cała Ukraina podzielona jest na dwie odwieczne strefy wpływów : zachodnia, zwana proeuropejską, ale poprzez swoje nacjonalistyczne przekonania wcale nie propolską i wschodnia – prorosyjska. Żadna z jej części, choć z różnych powodów, nie jest nastawiona przyjaźnie do naszego kraju. Zresztą na terenie państwa ukraińskiego od samego powstania Armii Czerwonej (styczeń 1918 r.) do dnia dzisiejszego nieprzerwanie stacjonują garnizony sowieckich żołnierzy. Według badań przeprowadzonych przez Research & Branding Group, z marca 2011 r,. 47% Ukraińców chciałoby pozostawać nadal w strukturach ZSRS, 43% uważa upadek ZSRS za największą geopolityczną katastrofę XX w., a 54% naszych południowo – wschodnich sąsiadów uważa, że zmianą na lepsze dla nich byłby ponowny powrót do ZSRS. Według danych statystycznych 30% Ukraińców uważa język rosyjski na swoją mowę ojczystą, a ponad połowa mieszkańców Ukrainy posługuje się nim w życiu codziennym. To są dziś prawdziwe opinie i nastroje panujące na Ukrainie…

Od lat polska polityka zagraniczna jest nastawiona na pomoc dla Ukraińców w szybkim ich wstąpieniu do Unii Europejskiej. Problem polega na tym, że chcemy tego bardziej od samych naszych wschodnich sąsiadów! Na wschód od Kijowa nawet nie mówi się po ukraińsku, tylko po rosyjsku i na tych obszarach nie ma prawie żadnych pro unijnych sympatii. Zachodni Ukraińcy chcą z kolei do Europy, ale w opozycji do Polski, w której widzą tylko miejsce, gdzie mogą zarobić większe pieniądze, niż u siebie w kraju. Czy jest sens na siłę „uszczęśliwiać” Ukraińców przynależnością do Unii Europejskiej, skoro sympatie przytłaczającej większości jej społeczeństwa są skierowane dokładnie w odwrotnym kierunku? Czy jest sens w ogóle „kruszyć kopie” o realizację tego, co jest w praktyce nie ziszczalne?

Potrójny symbolizm towarzyszył obecności naszego prezydenta Bronisława Komorowskiego, na mszy świętej za ofiary rzezi wołyńskiej, która odbyła się 11 lipca w łuckiej katedrze. Po pierwsze na mszy nie pojawił się prezydent Ukrainy w ogóle nie biorący udziału w tegorocznych uroczystościach. Po drugie honorowym bohaterem Łucka, w którym odbywały się te uroczystości, nadal jest przywódca UPA – S. Bandera. Wreszcie, po trzecie po wyjściu z katedry polski prezydent został zaatakowany jajkiem przez ukraińskiego sympatyka nacjonalistycznej partii „Swoboda”… Czy to nie wystarczająco obrazuje nastroje wobec Polski tych najważniejszych, ale i tych „szarych” mieszkańców Ukrainy? Obawiam się, że dla Polski i dla całej zachodniej Europy piękne i żyzne tereny Wołynia, Podola i Huculszczyzny są już bezpowrotnie stracone…

Nie sądzę zresztą, żeby Unia Europejska kiedykolwiek zdecydowała się na przyjęcie w poczet swoich członków mieszkańców Ukrainy. Ponad 45 milionów obywateli tego kraju stanowiłoby niekontrolowane zagrożenie zalania całej Europy poszukującymi pracy nielegalnymi emigrantami. Przy ukraińskim PKB wynoszącym na osobę tylko 3 877 USD, przykładowo Polska miała w tym samym okresie (2012 r.) PKB prawie cztery razy większy, na poziomie 12 538 USD na każdego mieszkańca, nie trudno wyobrazić sobie w którą stronę świata ruszyłaby ta zarobkowa migracja. Poza tym poprzez Ukrainę rozpocząłby się exodus wszystkich pozostałych państw byłego ZSRS, które praktycznie nie mają żadnej kontroli granicznej pomiędzy swoimi krajami.

Już w czasach I wojny światowej formacje ukraińskie wielokrotnie walczyły z polskimi Legionami. Największe nasilenie walk polsko –ukraińskich miało miejsce od 1 listopada 1918 r., gdy to ściągnięte nawet ze wschodniej Ukrainy oddziały Strzelców Siczowych usiłowały, na szczęście nieudolnie, zająć polski Lwów. W Dwudziestoleciu Międzywojennym ukraińscy nacjonaliści napadali na polskie skupiska ludności pomimo tego, że w II Rzeczypospolitej cieszyli się swobodą prawosławnego wyznania, mogli legalnie organizować się w  organizacje kulturalno – oświatowe i prowadzić niczym nie skrępowane życie w swojej społeczności. Jakby ukoronowaniem  tej terrorystycznej, antypolskiej działalności było zastrzelenie, 15 czerwca 1934 r. w Warszawie, przez ukraińskiego nacjonalistę, polskiego ministra spraw wewnętrznych B. Pierackiego.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Który naród, czy nacja są nam naprawdę przyjazne możemy poznać śledząc zachowanie tych krajów, gdy byliśmy w prawdziwej potrzebie. Węgrzy podczas wojny polsko – bolszewickiej podarowali nam olbrzymie ilości amunicji, dzięki której nie musieliśmy krasnoarmiejców atakować tylko szablami. Podczas Powstania Warszawskiego, będący w koalicji hitlerowskiej, Węgrzy sprzedawali nam broń i przymykali oczy na ruchy polskich oddziałów. Z kolei dużo biedniejsi od Polaków Rumuni zaopiekowali się jak tylko najlepiej mogli polskimi uchodźcami we wrześniu 1939 r. Co zrobili dobrego dla nas Ukraińcy, gdy potrzebowaliśmy, w obliczu wspólnego wroga, ich pomocy? Będąc polskimi obywatelami podczas Kampanii Wrześniowej 1939 r. podstępnie atakowali nasze wycofujące się oddziały, które zamiast z dwoma wrogami, Niemcami i Sowietami, musieli walczyć jeszcze z trzecim, wrogiem wewnętrznym – ukraińskimi dezerterami, czy zbrojnymi bandami. Po wkroczeniu Sowietów na tereny wschodnich województw Rzeczypospolitej bardzo często ukraińscy chłopi przeprowadzali ich oddziały, wydawali ukrywających się Polaków. Od pierwszych dni II wojny światowej napadali na polskie wsie, kościoły, miasteczka i dwory, czego krwawym apogeum była rzeź wołyńska począwszy od krwawej niedzieli 11 lipca 1943 r. W swoim okrucieństwie od samego początku byli dużo gorsi od Niemców i Sowietów. Na okrutną drwinę historii zakrawa fakt, że Polacy byli bezpieczniejsi w miasteczkach, gdzie był niemiecki garnizon, bo hitlerowscy okupanci wielokrotnie, choćby samą swoją obecnością, bronili Polaków od polskich obywateli ukraińskiej narodowości.

Wydaje mi się, choć bardzo chciałbym nie mieć racji, że Ukraina jest już niestety dla Europy bezpowrotnie przegrana. Ukraiński narodowy nacjonalizm, przemieszany z faszyzmem  (ponowna gloryfikacja członków SS Galizien) i wszechobecną na wschodnich obszarach kraju rusofilią, nie da się tak łatwo wykorzenić z umysłów młodych pokoleń „Rusinów”. Trzeba przy tym jeszcze pamiętać, że co piaty żołnierz sowiecki walczący podczas II wojny światowej był Ukraińcem. Dla bardzo wielu mieszkańców Ukrainy, a obecnie 17% z nich jest rdzennymi Rosjanami, historia sowieckiej Rosji jest ich własnym dziedzictwem. Przede wszystkim nie ma u nich dobrej woli do uznania własnych zbrodni i przyznanie się do nich. Niestety, już dziś powstają na Ukrainie pseudo naukowe prace historyczne, mające „udowodnić”, że rzezi Polaków w ogóle nie było. Dziś Wołyńska Rada Obwodowa w wydanym oświadczeniu potępiła uchwałę polskiego Sejmu, która miałaby : „(…) podważać prawo ukraińskiego narodu do samostanowienia”. Ukraina kolejny raz pokazuje, że ma przede wszystkim problem z uznaniem swojej własnej przeszłości. Musi zrozumieć, że bez tego nie da rady zbudować swojej przyszłości wśród cywilizowanych narodów świata.

Taka jest dzisiejsza Ukraina. Polscy politycy powinni zdecydowanie bardziej się troszczyć o pamięć swoich poległych obywateli, którzy do końca, na dalekich Kresach Rzeczypospolitej, pozostali wierni swojej polskiej Ojczyźnie. Nasza racja stanu wymaga bronienia polskich spraw nie tylko tu i teraz, ale i tych z przed wielu lat. Natomiast polską racją stanu nie jest bycie, za wszelką cenę, ambasadorem naszego wschodniego sąsiada na forum zachodniej Europy. Obecny Sejm powinien przez aklamację potępić ukraińskie ludobójstwo i ustanowić Dzień Pamięci o tych strasznych wydarzeniach. Straciliśmy kolejną szansą pokazać Europie i całemu światu, że potrafimy godnie i jednomyślnie pamiętać o swoich obywatelach.

Co w takim razie powinno być polską racją stanu w stosunku do naszego „rusińskiego” sąsiada? Myślę, że dbanie o poprawne stosunki dwustronne, wymianę handlową, wspieranie polskiej mniejszości narodowej i zwalczanie wśród Ukraińców nacjonalistycznych nastrojów. A także ochrona polskiej spuścizny, która pozostała za Bugiem pośród polskich świątyń, domów i grobów.

Przyszłość Ukrainy zależy tylko od niej samej. Dopóki nie potępi swoich własnych zbrodni, będzie nazywać ulice imionami zwykłych kryminalnych zbrodniarzy (S. Bandera) i wznosić im pomniki oraz trzymać w więzieniach więźniów politycznych (J. Tymoszenko), do póty nie będzie dla niej równoprawnego miejsca wśród wolnych krajów zachodniej Europy.

Jarosław Lewandowski

2 Comments on Utracone pola Ukrainy

  1. Z sąsiadami granicznymi sa zawsze problemy i konflikty „o miedzę” czyli grancę ;-).jeszcze gorzej gdy się mieszkalo we wspólnym domu i był to konflikt o to kto i do czego ma prawo.Podzielam oburzenie Autora wobec postawy rządu,a co gorsza sejmowej większości.Szkoda,że wielu parlamentarzystom zabrakło tym razem współczucia-dla ludzi-ofiar ludobójstwa na Wołyniu,Jestem dumny z utrzymania przez Polaków zakazu sadystycznego mordowania zwierząt w imię religii,lecz ubolewam nad brakem historycznej i politycznej wyobraźni.Autor artykułu podał prawna definicję ludobójstwa,czego unikały omawiające rzeź wółyńska media.A przecież w tak ważnych kwestiach najistotniejsza jest definicja!Konflikt polsko-ukraiński w powszechnej świadomości datuje się od powstania Chmielnickiego 1648 roku,znany z „Ogniem i Mieczem”.Rzadko powraca się do ciekawej polemiki Bolesława Prusa z Sienkiewiczem.W tamtych ,upiornie krwawych obustronnie walkach,gdzie palenie wsi i mordy były na porządku dziennym zapomina się o fakcie,ze wodzem lojalnym wobec Korony był ksiązę Jeremi Wisniowiecki,litewsko-ruski arystokrata,potomek domów Ruryka i Gedymina,podczas gdy powstanie podniósł polski szlachcic kombatant spod Cecory Bohdan Chmielnicki herbu Abdank.Historycznym błedem było pominięcie odrebności Rusi już w XVI wieku!A to według talleyrande’a jest gorsze od zbrodni.Dziś żądając deklaracji o ludobójstwie ukraińskim wobec Polaków podczas ostatniej wojny musimy uznać też fakty polskich krwawych odwetów,włącznie z komunistyczną ale jednak też polską „Akcją Wisła” z 1947 roku.Polacy,chyba zaraz po Żydach widza siebie historycznie jedynie w roli ofiar.Ludobójstwo oczywiście jest także zwiazane z liczba ofiar,jednakże ilość ofiar nie jest tu podstawowym wyznacznikiem.Pomózmy sobie nawzajem,bo to co w naszej historii najwspanialsze było wspólne:NAJJAŚNIEJSZA RZECZPOSPOLITA z jej wspólna sarmacką kulturą demokracji i tolerancji.Był ZŁOTY WIEK,zbudowany przez naszych wspólnych przodków,były wspólne triumfy oręza,był dobrobyt wspaniała architektura,sztuka muzyka…JESTESMY RODZINĄ nie od dwudziestolecia międzywojennego,ale od wiek,wieków.Osądzajmy zbrodniarzy historycznych,ale NA MIŁY BÓG!NIE PORZUCAJMY WSPÓLNEGO DOMU-WSPÓLNEGO DZIEDZICTWA,BO WŁASNIE W HISTORII JESTESMY JUZ NA ZAWSZE R A Z E M !

    • Krzysztof Skalski // 22 lipca 2013 at 12:23 // Odpowiedz

      Ma Pan absolutną rację z tym wspólnym zakorzenieniem w historii. I Rzeczpospolita była doskonałym wcieleniem cnót republikańskich (dopóki nie zaczęła się sypać po zniszczeniach wojennych drugiej połowy XVII w.), wyważeniem siły, wspólnoty politycznej i kulturowej, tolerancji i wolności. Pod względem hierarchii cywilizacyjnej biła na głowę dzisiejszy projekt Unii Europejskiej. Zresztą jej dziedzictwo wydaje się jedynym sensownym punktem zaczepienia przy próbie budowy nowego porządku politycznego po spodziewanym bankructwie projektu EU.
      Natomiast nie wydaje mi się, żeby postulat wciągnięcia „trzeciego narodu” do konstrukcji Rzeczypospolitej już w XVIw. był realny. Elity rusińskie już się polonizowały, a Kozaczyzna dopiero tworzyła – nie było liczącego się podmiotu społecznego reprezentującego rusińską odrębność. Moim skromnym zdaniem jedyne okienko historyczne dla tego pomysłu było otwarte po Chocimiu a przed Chmielnickim. Kozaczyzna była już silna, cały czas lojalna wobec Warszawy, a gros narodu szlacheckiego poczuwał się do pewnej wdzięczności wobec Sahajdacznego. W czasach Hadziacza było już za późno – po Chmielnickim konflikty były już za ostre.
      Na koniec o tej polskiej martyrologii. Ja osobiście znacznie bardziej lubię odwołania do polskiej siły – do Jagiełły, Tarnowskiego, Pioruna, Żółkiewskiego, Chodkiewicza, Sobieskiego etc. Historia się nie skończyła, trzeba myśleć, co zrobić, żeby wrócić do ich pozycji, a nie przyjmować założenie, że jesteśmy „brzydką i nieposażną” panną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*