News Ticker

Ukraińskie dylematy

Nabierające coraz większej prędkości, wydarzenia na Ukrainie, swoją dynamiką wydarzeń, zmuszają nasz kraj do zajęcia precyzyjnego i konsekwentnego stanowiska w sprawie naszego wschodniego sąsiada. Odkąd jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, polski głos nie może być zupełnie oderwany od stanowiska innych państw UE. Ale z powodu naszego bezpośredniego sąsiedztwa, historycznych doświadczeń i ciągłych wspólnych interesów, powinniśmy zasugerować pozostałym członkom Unii, najlepsze rozwiązanie stosunków z Ukrainą. Najpierw sami powinniśmy sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: jakie wzajemne relacje z Kijowem byłyby dla Polski najlepsze? I czy w ogóle jest realna szansa na wyrwanie Ukraińców z rosyjskiej strefy wpływów. Właściwsze byłoby określenie – mieszkańców Ukrainy. Obecnie kraj dawnych Rusinów zamieszkuje aż 17,3% Rosjan, a 30% obywateli Ukrainy deklaruje posługiwanie się na co dzień językiem rosyjskim. Według badań wykonanych przez Research & Branding Group, z marca 2011 r., 47% badanych chciałoby pozostać w strukturach ZSRS, 43% respondentów uważało, że upadek Związku Sowieckiego był największą, geopolityczną katastrofą XX w., a aż 54% uważało, że zmianą na lepsze byłby powrót do nieistniejącego już Kraju Rad. Co prawda, badanie to przeprowadzono ponad dwa lata temu, ale czy te podglądy, dziś tak bardzo zmieniły się na pro europejskie?

Ogólnoukraińskie Zjednoczenie Swoboda, zalegalizowane uprzednio, jako Socjal – Nacjonalistyczna Partia Ukrainy, cały czas głosi nacjonalistyczne, antypolskie hasła, gloryfikuje bandy UPA, domaga się stawiania pomników S. Bandery. W 2010 r. usiłowali uniemożliwić obchody rocznicy rzezi w Hucie Pienackiej. Pod koniec 2010 r. zwyciężyli w wyborach samorządowych na zachodniej Ukrainie, a ich lider w wystąpieniu powyborczym, stwierdził, że będzie starał się o rozszerzenie rubieży państwa ukraińskiego, bo jego obecne granice nie są sprawiedliwe. Nie dalej, jak pól roku temu, partia Swoboda zażądała od kijowskiego MSZ – u, potępienia rekonstrukcji historycznej Rzezi Wołyńskiej, w podkarpackim Radyminie. Nie mówimy tu już o jakiejś „partii kanapowej”, która zdobywa w wyborach nieliczące się promile głosów, tylko o cieszącej się dużym poparciem, realnej sile politycznej. Gdy oglądamy dzisiejsze obrazy z kijowskiego Majdanu, obok narodowych flag Ukrainy, najwięcej widać niebieskich chorągwi z trzema żółtymi palcami. To jest właśnie sztandar partii Swoboda, współczesnych, ukraińskich nacjonalistów, dla których bohaterem jest wciąż S. Bandera i jego zbrodnicze bandy. Ktoś powie, że to tylko zachodnia Ukraina. Niestety, w ogólnokrajowym wymiarze, pro europejskie sympatie nie przedstawiają się dużo lepiej. W kijowskim parlamencie, pro moskiewska Partia Regionów, obecnego prezydenta W. Janukowycza, ma 39% posłów, Komunistyczna Partia Ukrainy – 6% głosów i Blok Ludowy Łytwyna, oligarchowie, popierający poprzednio byłego prezydenta L. Kuczmę – 4,5%. Czyli prawie połowa parlamentarzystów ma jawnie pro sowieckie sympatie. Co do reszty deputowanych, to do końca nie wiadomo, jak się zachowają w danej sytuacji. Dodatkowej pikanterii dodaje jeszcze obecna nazwa kijowskiego „Sejmu” – Rada Najwyższa Ukrainy. To kolejna, sentymentalna pozostałość po sowieckiej przeszłości Ukraińskiej S. S. R.. Zgodnie z radziecką nomenklaturą, wszystko, co było ważne w ZSRS, miało nazwę Rad Najwyższych („Wierchownych Sowietów”). Widać, nawet ten czysto wizerunkowy związek z dawnym Krajem Rad, nikomu nad Dnieprem nadal nie przeszkadza. Ale jak ma przeszkadzać, jeżeli rosyjskojęzyczna część kraju ciągle słucha rosyjskich rozgłośni, które cały czas zapewniają, że nie zapomną o Rusi Kijowskiej, będącej od stuleci pod rosyjskim panowaniem. Rosja wciąż zapewnia, że nie wyda braci Rusinów na pożarcie „zgniłego i burżuazyjnego Zachodu”. I ma bardzo konkretne argumenty na poparcie swoich deklaracji. Jeżeli Ukraińcy przystąpią do unii celnej pomiędzy Rosją, Kazachstanem, Azerbejdżanem, Armenią i Białorusią, będą mogli korzystać ze wszystkich przywilejów cenowych, tak jakby we dalszym ciągu byli jedną z sowieckich republik. W ten sposób Putin chciałby, choćby częściowo, odtworzyć były ZSRS, na zasadach nowej unii euro – azjatyckiej pod patronatem, lub mówiąc precyzyjniej, dyktatem Moskwy. Rosjanie doskonale zdają sobie sprawę, że taka unia bez Ukrainy, uważanej za „spichlerz” Rosji, będzie tworem dużo słabszym.

Nasze, głównie moralne wsparcie dla, jak to elegancko można powiedzieć, „wolnościowych aspiracji narodu ukraińskiego”, nie jest w żadnej mierze obliczone na przystąpienie Kijowa do Unii Europejskiej, lecz jest działaniem czysto prewencyjnym, mającym uniemożliwić przystąpienie Ukraińców do unii celnej z Rosją.

Jak bardzo trudno jest uzyskać członkostwo w UE, pokazuje przykład szybko rozwijającej się Turcji. Proces akcesyjny tego kraju trwa już od roku 1963, kiedy to poprzednik Unii Europejskiej – Europejska Wspólnota Gospodarcza (EWG), przyznała krajowi nad Bosforem, status członka stowarzyszonego. Dopiero w 1999 r., szczyt Rady Europejskiej uznał Turcję za oficjalnego kandydata do przystąpienia do UE, a w 2005 r. rozpoczęły się, trwające do dziś negocjacje Turków z Unią Europejską. To niezbyt zachęcająca perspektywa dla Kijowa, tym bardziej, że Władimir Władimirowicz Putin obiecuje od razu namacalne korzyści. Również ze strony Unii, perspektywa realnej, a nie tylko pijarowskiej, pomocy dla Ukrainy, nie wygląda optymistycznie. Żeby uratować, już będącą od lat w UE, Grecję, Bruksela musiała wpompować w helleńską gospodarkę 240 miliardów euro! Do tego jeszcze Ateny potrzebują doraźnie następne 10 miliardów, żeby tylko nie pójść na egzystencjonalne dno. Pomimo tak ogromnej pomocy, Grecja nie ma szans wrócić na rynki finansowe jeszcze w przyszłym roku.. Podobnie, miliardami euro została zasilona gospodarka NRD, po zjednoczeniu z Niemiecką Republiką Federalną. Obecnie wielu ekonomistów twierdzi, że te ogromne pieniądze zostały „wyrzucone w błoto”. A mówimy tu o ponownym zjednoczeniu tego samego, jednonarodowego państwa. Tak ogromne spustoszenie w gospodarce Wschodnich Niemiec poczyniła ekonomia socjalistyczna. A co tu mówić o skutecznej pomocy dla Ukrainy?

Myślę, że tak naprawdę nikt nie wie, ile miliardów euro należałoby wpompować w gospodarkę Kijowa, żeby Ukraina mogła stać się równoprawnym partnerem gospodarczym dla reszty Unii. Bez żadnych gwarancji, że te gigantyczne pieniądze nie zostaną sprzeniewierzone przez ukraińskie elity. Z wywiadu, jakiego udzielił prezydent W. Janukowycz, ukraińskim dziennikarzom, wynika, że lata on do pracy helikopterem, który prezydencka kancelaria wynajmuje za milion dolarów od firmy, której właścicielem jest … jego syn! Ta sama kancelaria kupiła w tym roku, na użytek ukraińskiego prezydenta, najnowszy model mercedesa, a kupiony rok wcześniej taki sam samochód, obecnie gdzieś się zdematerializował … Skoro tak gigantyczna, zupełnie nie skrywana korupcja, trawi szczyty kijowskich władz, to co dzieje się na niższych szczeblach zarządzania państwem? Tak, jak za dawnych czasów, gdy korumpuje „udzielny car”, to prawie na pewno robią to i pomniejsi „bojarzy”. Jeżeli, od II wojny światowej, ukraińska gospodarka socjalistyczna była prawie całkowicie oderwana od zdrowo rynkowych praw ekonomii, to jakie są dziś gwarancje, że uda się ją, w jakimś przewidywalnym czasie, przestawić na naprawdę uczciwe i opłacalne tory? Tym bardziej, że pokusa kradzieży unijnych środków jest ogromna, a elementy kontroli ich przepływów, na razie prawie żadne. Ukraińska gospodarka, a raczej jej zarządcy, chętnie przyjmą każdą, unijną pomoc, ale będzie to jak wrzucanie funduszy unijnych do studni. Koła rozejdą się po wodzie i tyle ktokolwiek z zagranicy zobaczy te pieniądze. Poza tym, przy jakiejś formie (jakiej?!) przystąpienia do Unii, należałoby w szczelny i bezpieczny sposób przesunąć granice UE daleko na wschód. Tak ogromne państwo, jak Ukraina graniczy z trzema krajami z poza Unii : Rosją, Białorusią i Mołdawią. Linia graniczna z tymi sąsiadami w połączeniu z granicą morską daje w sumie 3684 km. Tyle kilometrów nowej granicy Unii Europejskiej należałoby na nowo zabezpieczyć. Granicy, która w rzeczywistości na odcinku wielu kilometrów, prawie w ogóle nie istnieje. To więcej, niż cała linia graniczna naszego kraju!

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że Unia Europejska nie ma obecnie nic konkretnego do zaoferowania Ukrainie. Ani nie stworzy żadnych, wymiernych planów, które skutkowałyby realną naprawą ukraińskiej gospodarki, ani nie zaproponuje jej żadnych realnych reform. Będzie tak dopóki sami Ukraińcy nie będą w swojej większości chcieli prawdziwej integracji z Unią. Niestety, póki co, wszystkie finansowe argumenty są po stronie ciągnącej Kijów we wschodnio – azjatyckim kierunku, Rosji. A my? Możemy i powinniśmy wspierać moralnie ukraińskie euro aspiracje. I pilnować, żeby w XXI wieku, nikt w kraju naszych wschodnich sąsiadów nie usiłował siłą i podstępem, wbrew woli samych obywateli, powołać do życia kolejną Ukraińską Republikę Związku Sowieckiego.

Jarosław Lewandowski

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*