News Ticker

Tysiące wyborczych matołków

Pierwsza prawdziwa, wyborcza weryfikacja PO – PiS, zakończyła się praktycznym remisem (po tyle samo zdobytych euro mandatów) i minimalną arytmetyczną wygraną PO (o 0,35% oddanych głosów). Tak mała różnica pomiędzy dwoma głównymi rozgrywającymi polskiej sceny politycznej, zmusza, co najmniej do uważnego przeanalizowania spływających, jednostkowych wyników, zamieniających się potem w końcowy rezultat całych wyborów. Bardzo skomplikowany system przeliczania oddanych głosów, na zdobyte miejsca w Parlamencie Europy jest odwrotnie proporcjonalny do łatwości spełnienia aktu samego głosowania przez pojedynczych obywateli.

Każda z osób, która wybrała się na niedzielne wybory, miała do wykonania przy urnie, wyjątkowo nieskomplikowane zadanie. Wystarczyło zaznaczyć krzyżykiem kwadrat przy wybranym przez nas kandydacie. Rysowania przecinających się kresek i wpisywania ich w kółeczka, czy kwadraciki uczą się już najmłodsi przedszkolacy, odkąd tylko dostają do swoich rączek pierwsze w życiu kredki. Osoba nawet o minimalnym IQ i nie będąca całkowicie pijana, nie miała prawa nie poradzić sobie z tak trywialną czynnością. A przecież do ostatnich wyborów poszła najbardziej świadoma, niespełna 24 procentowa elita naszego społeczeństwa. Zakładając, że nie byli pod wpływem żadnych używek, oddanie ważnego głosu nie mogło sprawić najmniejszych trudności. Tym bardziej, że przepisy określające, kiedy głos jest ważny były wyjątkowo liberalne. Nie unieważniało wyborczego głosu robienie jakichkolwiek dopisków na karcie kandydatów, czy też zaznaczenie więcej, niż jednego wybrańca na tej samej, partyjnej liście. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby wyborca, który zadał sobie tyle trudu, by w wolny od pracy dzień dotrzeć do lokalu wyborczego, odnaleźć się na spisie wyborców i dostać kartę do głosowania, na końcu nie potrafił oddać ważnego głosu. To tak jakby przepłynąć całe morze, tylko po to, żeby utonąć w wejściu do portu …

Nasz głos zostawał uznany za nieważny tylko wtedy, gdy nie zaznaczyliśmy żadnego kwadratu, zaznaczyliśmy kwadraty przy nazwiskach kandydatów więcej, niż na jednej liście, lub nie utrafiliśmy z krzyżykiem w obręb równobocznego prostokąta.

A takich nieważnych głosów było w skali kraju aż 228 005, dwa razy więcej, niż liczy obecnie cała polska armia! Biorąc pod uwagę, iż Platforma wygrała z PiS-em tylko o 24 345 głosów, wystarczyłoby uznać za prawidłowe, jedynie 12 174 krzyżyków postawionych przy liście Prawa i Sprawiedliwości, żebyśmy zostali zwycięzcami euro wyborów. Ta ilość, to zaledwie 5% wszystkich nieprawidłowo oddanych głosów. W zestawieniu z liczbą tylko 574 , w całej Polsce, nieważnych kart do głosowania, ta kolejna dysproporcja powinna choć trochę zmusić do zastanowienia.

Jest to tym bardziej niepokojące, że bardzo łatwo prawidłowo oddany głos zamienić na nieważny i żadnej partii nieprzydatny. Wystarczy szybko zaznaczyć następny krzyżyk na jakiejkolwiek innej liście w ramach tej samej karty wyborczej. Pięć sekund strachu i już czyjś wysiłek wyborczy zostaje zmarnowany.

A gdyby tak wprowadzić we wszystkich Obwodowych Komisjach Wyborczych obowiązek zakreślania kandydatów ściśle określonym, niepopularnym, na przykład zielonym, kolorem? Lokale wyborcze byłyby wyposażone w takie długopisy. Każdy głosujący w momencie odbioru swojej karty wyborczej byłby kolejny raz instruowany, że tylko głos oddany zielonym, komisyjnym długopisem będzie głosem ważnym. Robione potem jakiekolwiek skreślenia w innych kolorach nie skutkowałyby unieważnieniem karty wyborczej. Po zakończeniu głosowania, a przed otwarciem urn wyborczych, przewodniczący Komisji miałby obowiązek zebrać z Sali wszystkie zielone „urządzenia piszące” i komisyjnie zapieczętować je w osobnej kopercie. Dopiero potem nastąpiłoby zerwanie urzędowych pieczęci i wyjęcie głosów z urn lub urny.

Warto prześledzić historię podawania wyników przez Państwową Komisję Wyborczą podczas nocy z niedzieli na poniedziałek. Gdy wprowadzono do ogólnopolskiego systemu 30% oddanych głosów PiS prowadził z PO o 7,03%. Po paru godzinach, gdy znaliśmy już 63% wyników, nasza przewaga nad Platformą wynosiła 5,22%. Jeszcze po przeliczeniu 91% rezultatów, o godzinie 5 rano, prowadziliśmy o 1,06%. Do tego momentu kolejne komunikaty PKW były podawane szybko i regularnie. Jednakże potem nastąpiła kilkunastogodzinna przerwa po której się okazało, że ostatecznie, rzutem na taśmę, o jedyne 0,35% wygrała jednak Platforma. Czyli znowu „głosowali, jak chcieli, a wybrali jak zwykle, kogo trzeba”?

Nie ma podstaw do stawiania tak radykalnej teorii, jednak cały ciąg zdarzeń, niesamowita pogoń Platformy, aż do ostatecznego, minimalnego zwycięstwa, u każdego logicznie myślącego człowieka powinna budzić co najmniej niepokój.

PKW nie może sama z siebie zarządzić ponownego przeliczenia głosów, nawet, gdyby 99% z nich była nieważna. Może to zrobić dopiero Sąd Najwyższy po uwzględnieniu protestów wyborczych. Myślę, że dla przejrzystości całej sytuacji należałoby ponownie pochylić się nad wszystkimi dwieście dwudziestoma ośmioma tysiącami unieważnionych głosów. Gdyby okazało się, że na przykład na jedną partię oddano nieproporcjonalnie dużo głosów, a drugi, powiedzmy pomyłkowy głos na tej samej karcie jest z różnych list wyborczych, dałoby to wiele do myślenia. Jednakże, czy Sąd Najwyższy uwzględni wysyłane do niego protesty? W niektórych Obwodowych Komisjach Wyborczych, zamiast zwykłych długopisów, w kabinach do oddawania głosów leżały cienkopisy, które przebijały na następną kartkę, powodując tym samym, że głos stawał się nieważny. W innych Komisje zapominały wywiesić wyniki wyborów w widocznym miejscu budynku, gdzie mieścił się lokal wyborczy. Gdzie indziej Komisje liczyły oddane u nich głosy po kilkanaście godzin. W wielu przypadkach zaniepokojeni wyborcy sugerowali złe zabezpieczenie urn do wrzucania głosów.

Należy dokładnie zbadać skalę wszystkich nieprawidłowości, żeby w przyszłości ustrzec się teraz popełnionych błędów. Tym bardziej, że są to pierwsze z cyklu czterech czekających nas, bardzo ważnych wyborów. Decyzje w nich podjęte mogą określić los Polski na całe dziesięciolecia. Dzisiejsza dokładna kontrola i zawężenie do zupełnego minimum marginesu złej interpretacji znaków na kartach wyborczych, ustrzeże nas w przyszłości od podważania przez kogokolwiek wyników następnych krajowych głosowań. Każda luka w prawie wyborczym, każde niedoprecyzowanie obowiązujących przepisów będzie okazją do hipotetycznych, przyszłych przekłamań i wyborczych nadużyć.

Wiadomo, że „okazja czyni złodzieja”. Już przy okazji tych wyborów musimy zrobić wszystko, żeby żaden obóz polityczny w przyszłości nie mógł komukolwiek zarzucić czynienia jakichkolwiek „cudów nad urną”. Obywatele idący na wybory są najwyższymi suwerenami, decydującymi o losach swojego kraju. Chodzi tylko o to, by w tych niezależnych decyzjach nikt, poza ich plecami, nie odważył się „pomagać”.

Jarosław Lewandowski

                                                                                                                                  

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*