News Ticker

Starszy Pan z Powstania

 

Zbliża się kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, a za rok będzie to już okrągłe 70 lat. Upływ czasu, w naturalny sposób zmniejsza liczbę tych, którzy wtedy walczyli, widzieli co się wtedy działo i mogą o tym opowiedzieć.
Rozmawiam ze Starszym Panem o Powstaniu Warszawskim 1944. Rozmowa toczy się z trudem bo pytania trzeba zadawać głośno i wolno a nawet powtarzać po kilka razy. Starszy Pan ciągle przykłada do ucha rękę ułożoną w kształt muszli żeby lepiej słyszeć. Nie ma się  czego dziwić – Starszy Pan to rocznik 1924 i za kilka miesięcy skończy 90 lat.
Starszy Pan miał 15 lat kiedy wybuchła wojna i w czasie oblężenia Warszawy, jako kierowca woził zaopatrzenie i rannych. Nikt go nie pytał o prawo jazdy – wystarczyło, że umiał i chciał prowadzić. Uważał zresztą, że tak trzeba bo przecież każdy chciał wtedy walczyć tak jak może. Czy się bał – no trochę tak, bo
jednak strzelali i te bomby… Potem, w czasie okupacji, uczył się, pracował, przechodził przeszkolenie wojskowe, konspiracja…. raz go nawet Niemcy nakryli z wojskowymi materiałami szkoleniowymi. Udało mu się jakoś wywinąć tylko przez przypadek, bo po kilkumiesięcznym śledztwie niemieckim miał już „skierowanie” do Oświęcimia. Kolega, z którym wtedy wpadł, trafił do Stuthoffu, ale na szczęście przeżył.  Krótko  przed Powstaniem, już jako zaprzysiężony żołnierz, Starszy Pan został przerzucony „do lasu” – przeszedł tam szkolenie partyzanckie, a bezpośrednie potyczki z Niemcami dały mu konieczne „ostrzelanie”.
Starszy Pan miał 20 lat kiedy wybuchło Powstanie i już jako żołnierz Armii Krajowej batalionu „Zośka” kompanii „Rudy” bierze udział w walkach. Zaczęli 1 sierpnia  na Woli, a potem Stare Miasto, kanałami do Śródmieścia i Czerniaków. Walczył przez całe Powstanie – jakimś cudem raz tylko ranny, ale po dwóch dniach w szpitalu, wrócił do swoich. Kiedy Powstanie upadło, nie poszedł do niewoli lecz razem z  cywilami  ewakuował się z Warszawy. Z obozu przejściowego w Pruszkowie, gdzie Niemcy przewozili cywilów z Warszawy, udało mu się zwiać cało i dostał się do domu.  Jak opowiada – przez batalion „Zośka”, razem z uzupełnieniami, przewinęło się ponad 600 osób, a z jakichś 300 osób z początkowego składu zostało ich może trzydziestu. Po Powstaniu, razem z tą garstką co pozostała z „Zośki”, odszukiwali ciała swoich i chowali ich na Powązkach. Niektórych trudno było rozpoznać, a niektórych w ogóle nie udało się odnaleźć.  Rozmawiamy o rzeczach, których nie znajdę w historycznych opracowaniach – próbuję jakoś zrozumieć tamtą sytuację, tamtą atmosferę.
Pytam – Dlaczego poszliście do Powstania ? Starszy Pan trochę się dziwi i trochę oburza. Co za pytanie – od pierwszego dnia wojny wiedzieliśmy, że musimy walczyć, że musi być powstanie! Przecież nie można było poddać się bez walki! Jakby nie było rozkazu to pewnie ludzie by sami zaczęli walkę. Zresztą to był chyba najlepszy moment. Wtedy widać było, że Niemcy zwiewają, Ruscy byli po drugiej stronie Wisły, a na północy Wisłę już przeszli, ale potem się wycofali. Chcieliśmy mieć miasto w swoich rękach i dopiero wtedy pozwolić im tutaj wejść. Ruscy przez radio wzywali do rozpoczęcia walki – takie „…ludu Warszawy chwyć za broń…”. To radio nazywaliśmy „pszczółka” bo tak bzyczało jak pszczoła.  Jak przebiegały walki na początku Powstania? Starszy Pan odpowiada z pewną dumą. Trzeba powiedzieć, że na początku, tam gdzie uderzaliśmy to zwyciężaliśmy. Nawet przy takiej przewadze ilościowej – czasami prawie 10 do jednego – Niemcy nie dawali nam rady. Ale tak było tylko na początku gdy mieliśmy przeciwko sobie żołnierzy uzbrojonych tak jak my. Bo „Zośka”, to był batalion szturmowy, uzbrojony całkiem nieźle i mieliśmy czym walczyć. Ale gdy Niemcy zorientowali się, że tak nie dadzą rady, wprowadzili czołgi, ciężką artylerię i zaczęli bombardowania – a my nie mieliśmy takiej broni, a na samoloty żadnej obrony. Dlatego Niemcy najpierw rozwalali co się da a dopiero potem wchodzili żołnierze – ale i tak w bezpośredniej walce byliśmy lepsi. Tak było na Starym Mieście – Niemcy niszczyli wszystko ciężką bronią i jak odchodziliśmy stamtąd to same gruzy zostały. Wszystkie te walki były intensywne i takie skoncentrowane na przestrzeni paru ulic. Jak się przebijaliśmy do innej dzielnicy – to był inny świat – całe domy, szyby w oknach. Tylko, że coraz mniejsze mieliśmy siły i nas  było coraz mniej.
Jak było dalej? Później – po walkach na Woli, Stare Miasto, kanały, Śródmieście i Czerniaków. Na końcu, na Czerniakowie, zdobyliśmy przyczółek nad Wisłą bo była jeszcze szansa na jakiś desant albo ewakuację na drugą stronę. Desant nawet był i całkiem sporo „berlingowców”  przypłynęło ale byli kompletnie nie przygotowani do takich walk i ginęli jak muchy. Jak już nie było wyjścia to przebiliśmy się do Śródmieścia – wtedy zginęło chyba najwięcej naszych z „Zośki”, ale to już był koniec. Później kapitulacja i wyjście z miasta.
Starszy Pan ma za sobą „dobrodziejstwa” nowej władzy ludowej, która potem nastała. Aresztowanie, brutalne śledztwo, więzienie… Kiedy wyszedł z więzienia miał 31 lat, a poniżanie i szykany trwały jeszcze dalsze 10 lat – ale to już inna historia. Rozmawiam ze Starszym Panem pytając o różne szczegóły z Powstania i walki z Niemcami. Uświadamiam sobie, że takie pojęcia jak Wolność, Ojczyzna, Honor, Patriotyzm… nie wymagały, dla niego żadnych dodatkowych opisów czy wyjaśnień – definiowała je po prostu otaczająca rzeczywistość. To co dzisiaj brzmi dla niektórych wyłącznie sztucznie i patetycznie – stanowiło dla niego i tych z „Zośki” pojęcia realne i zrozumiałe. Te pojęcia określały wartości, o które należało dbać a jeśli zajdzie potrzeba i gdy były zagrożone, nawet o nie walczyć.
Starszy Pan – to mój Ojciec i wyciągam go ostatnio na takie rozmowy bo chcę sam zrozumieć znaczenie tamtych pojęć i tamtych wartości. Chciałbym zrozumieć o co walczył mój Ojciec. Chciałbym sobie odpowiedzieć na pytanie – czy uznałbym te wartości, w które wierzył mój Ojciec, za warte aż takiej ofiary?
Zastanawiam się również czy obecne pokolenie 15-20-latków też podjęło by walkę w obronie tamtych wartości, czy może zwyciężyłby dzisiejszy pragmatyzm – takie  rozważanie czy to się opłaca?

Andrzej Kończykowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*