News Ticker

Stan sztucznego zagrożenia

No i sprawdziły się najbardziej przewidywane scenariusze popołudnia i wieczoru 11 listopada w Warszawie. Wytwarzana od pewnego czasu, atmosfera społecznego zagrożenia, miała osiągnąć swoje apogeum podczas stołecznych obchodów Dnia Niepodległości. Ku ogólnemu niezadowoleniu salonowego main streamu, w tej „ lawinie narodowej nienawiści”, która niczym złowieszczy tajfun miała spustoszyć całe miasto, zabrakło głównego winnego – Prawa i Sprawiedliwości. Teza, mozolnie powtarzana za panem premierem D. Tuskiem, że „polskość to nienormalność” powinna się tego dnia zmaterializować w całej swojej okropności. Stąd rozżalenie ministra  B. Sienkiewicza, że „PiS uciekł przed konfrontacją”. To chyba jedyny, europejski minister spraw wewnętrznych, który zawczasu narzeka, że nie dojdzie do ulicznej konfrontacji!

Ale nawet po tej dziwnej wypowiedzi ministra, nie można było spodziewać się, aż tak „oryginalnych” zachowań policji. Brak kordonów ochronnych przy trzech newralgicznych punktach na trasie lub w pobliżu Marszu, musi co najmniej dziwić, jeżeli nie poważnie zastanawiać. Jak można było nie ochraniać zwartymi siłami policji, rosyjskiej ambasady, obok której miał przejść wielotysięczny, żywiołowy pochód?! Gdyby policja, tak samo jak na przykład Urząd Rady Ministrów, otoczyła kordonem ogrodzenie ambasady, to nikomu do głowy by nie przyszło wrzucać tam kamienie lub petardy. Wtedy na pewno nikt nie zdołałby podejść do budki wartowniczej, nie mówiąc o tym, że nie miałby czasu na jej podpalanie. Tłumaczenie policji, że przyjęła taktykę niezwracania swoją obecnością uwagi demonstrantów na ambasadę, jest zupełnie kuriozalne. W myśl tej teorii nie ochraniajmy bankowych konwojów, bo obecnością policji, tylko zwracamy uwagę złodziei na jadące samochody z pieniędzmi. Nie chrońmy muzeów, bo może to spowodować chęć ich okradzenia przez przestępców. Gdyby w pochodzie szli, w zorganizowany sposób, sympatycy Prawa i Sprawiedliwości, w tej sytuacji można byłoby oskarżyć ich o sprowokowanie międzynarodowego konfliktu. A tak, skoro Jarosław Kaczyński „złośliwie” przeniósł obchody do Krakowa, trudno było go posądzić o „godzenie w dawne (?) sojusze”… Trudno nie znaczy jednak, że nie możliwe. Mający niewątpliwie komentatorskie talenty, wspominany już minister Sienkiewicz i tak orzekł, że rozrabiająca 11 listopada „bandyterka (…) to ideowe dzieci PiS-u”. A posłanka PO, J. Pitera stwierdziła, że wypowiedź J. Kaczyńskiego : „Rośniemy w siłę” zabrzmiała groźnie i mogła mieć przełożenie na zachowanie demonstrantów. Jak nazwać te wypowiedzi? Mania prześladowcza? Obsesja? A może żal, że kolejny raz nie udało się przerazić społeczeństwa perspektywą powrotem PiS – u do władzy?

Drugim ważnym punktem, tuż obok trasy Marszu była dopiero co wyremontowana tęcza na Placu Zbawiciela. Czy tak trudno było przewidzieć, że jakieś, ośmielone tłumem jednostki, będą chciały ją zniszczyć? Dlaczego znów policja wykazała się brakiem wyobraźni? Być może, odpowiedzią na to pytanie jest zbieżność terminu tak nagłej odbudowy tęczy z datą Marszu. Co stałoby się złego, gdyby tęcza została naprawiona dopiero po 11 listopada? Nie byłaby narażona na zniszczenie i pewnie stałaby na placu przez kolejne, długie miesiące. Komu tak bardzo zależało, żeby dokładnie w przeddzień Marszu Niepodległości „oddać ją do użytku” i jednocześnie pozbawić w tym dniu jakiejkolwiek policyjnej ochrony?

Ostatni, zapalny element przy trasie pochodu znajdował się przy ul. Skorupki, w pustostanie o nazwie „Przychodnia”, zajmowanym bezprawnie przez ugrupowania lewaków. Podobno policja, w dniu 11 listopada, dwukrotnie odwiedzała ten budynek, ostrzegając jego mieszkańców przed uczestnikami przemarszu. Ale jednocześnie nie wpadła na pomysł, żeby ustawić własną ochronę budynku. Nawet TVN wiedział, że coś tam się wydarzy, instalując wcześniej w tym miejscu swoją kamerę. Wręcz na kpinę zakrawa fakt, że policja na pół godziny przed początkiem demonstracji, poinformowała organizatorów pochodu, że na dachu „Przychodni” są jacyś ludzie. Okazało się, że ci „biedni bezdomni”, z tego miejsca, rzucali potem w przechodniów kamieniami i butelkami z benzyną. Czy obowiązkiem policji nie było, zamiast informować o takim stanie rzeczy, po prostu sprowadzić tych ludzi z dachu? Bardzo łatwo by to rozwiązało konfliktową sytuację. Po co powiedziano o tym organizatorom? Przecież straż Marszu nie miała kompetencji, ani żadnych możliwości, żeby ściągać tych ludzi z budynku. Pomimo bardzo bliskiej odległości od komisariatu, policja przybyła na miejsce bijatyki, dopiero po kilkunastu minutach. Kolejna, co najmniej dziwna sytuacja …

Po bardzo szybkim, bo już o godzinie 16.41, delegalizacji Marszu, siły porządkowe nie miały żadnej koncepcji, jak bezpiecznie rozładować ulice z tysięcy manifestantów. Zaczęły ich jedynie przepychać z miejsca na miejsce, informując, że demonstracja stała się nagle nielegalna. Potem, jak pokazała telewizja „Republika” wyłapywano poszczególnych, zdezorientowanych ludzi, traktując ich w sposób niepotrzebnie brutalny.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że cała ta sytuacja miała pokazać, że tylko poranny marsz organizowany przez Pana Prezydenta, jest oazą spokoju i bezpieczeństwa. Jakiekolwiek inne obchody, w dniu 11 listopada, Dnia Niepodległości są niebezpieczne dla ich uczestników i lepiej w nich nie brać udziału. Dziś trudno przewidzieć, jakie reperkusje na przyszłość przyniesie ta niepotrzebna spirala nerwów i wzajemnych siłowych rozwiązań. Niedobrze, że w dniu narodowego święta zwykli obywatele muszą obawiać się o swoje bezpieczeństwo na ulicach stolicy Polski. Szkoda, że Święto Niepodległości, które na całym świecie jednoczy obchodzących je ludzi, u nas w kraju stało się kolejny raz pretekstem do straszenia społeczeństwa. Potępiając wszystkie chuligańskie wybryki zwykłych ulicznych łobuzów, nie sposób nie martwić się treścią medialnej narracji, przyjętej przez „salonowych” komentatorów. Być może i sam Pan Prezydent RP lepiej zrozumiałby, dlaczego hymn „Boże coś Polskę” śpiewamy innymi słowami, niż On sam, gdyby baczniej przyjrzał się zdarzeniom wczorajszego wieczoru. Niech władza wreszcie przestanie licytować się, kto z jej przedstawicieli, swoimi czynami i słowami wytworzy atmosferę większego, społecznego zagrożenia. Im szybciej PO zrozumie, że obywatele już nie uwierzą w demoniczną naturę PiS –u, tym mniej nas wszystkich będzie to kosztować. Straty w stolicy z łatwością można było zminimalizować. Wystarczyło tylko, chcieć tak samo dobrze ochraniać wieczorny Marsz Niepodległości, jak południowy pochód Pana Prezydenta.

Jarosław Lewandowski

4 Comments on Stan sztucznego zagrożenia

  1. A ja tam się nie dziwię temu, że policja nie ochraniała marszu, przecież organizatorzy domagali się tego. Poza tym, nie jest przyjemnie przyjmować na siebie ciosy zadymiarzy i być z tego z powodu hospitalizowanym.

    • Krzysztof Skalski // 13 listopada 2013 at 23:46 // Odpowiedz

      Jasne, że nie jest przyjemnie. Ale chyba jeszcze nie ma branki do Policji, czy się mylę? A Policja ma ustawowe obowiązki: ochraniać życie i zdrowie obywateli nawet z narażeniem własnego. I nawet, jeżeli ci sobie tego nie życzą.

      • Nie dziwię się też temu, że nie zdjęli z dachu ludzi, którzy rzucając koktaile obronili się później przed bandytami, ani temu, że zawiadomili o ich obecności straż, licząc pewnie na to, że ta ostrzeże bandytów, żeby tam się nie zbliżali.

      • Krzysztof Skalski // 19 listopada 2013 at 16:53 //

        A ja się bardzo dziwię. Przede wszystkim temu, że gość podpisujący się jako dobrze urodzony wypisuje takie brednie. No, może dlatego, że nie tylko dobrze urodzony, ale również liberał… Otóż w języku ludzi cywilizowanych określenie bandyci jest zarezerwowane właśnie dla tych, którzy z dachów obrzucają koktajlami mołotowa legalne demonstracje. I jak najbardziej, policja powinna ich z tego dachu ściągnąć, względnie użyć strzelców wyborowych (gdyby zagrożenie dla życia ludzi obrzucanych koktajlami było zbyt duże). I uprzedzając ewentualne zarzuty: gadamy o sytuacji PRZED atakiem na squat, czy jak się tam teraz na to mówi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*