News Ticker

Rosyjskie liberum veto

Obraz 412Demokracja jest bardzo szczególnym systemem rządów, stosowanym zamiennie z autokracją od czasów powstania choć trochę świadomej cywilizacji. Dla jednych ten system jest prawdziwym błogosławieństwem, dla innych najgorszym przekleństwem. Niechętni Stanom Zjednoczonym twierdzą, że Amerykanie walczą o demokracje na całym świecie, lecz nigdy jej nie stosują we własnym kraju. Twierdzenie to jest zdecydowanie krzywdzące dla Waszyngtonu,, w którym głos większości i opinii publicznej ma decydujące znaczenie dla funkcjonowania całego państwa. Najlepszym przykładem społecznej kontroli nad rządzącymi krajem „Wuja Sama” jest afera Watergate, której oddolne wykrycie spowodowało odwołanie prezydenta R. Nixona, a nie zesłanie tych, którzy ją wytropili, do obozu pracy na Alaskę.

Inaczej ma się sprawa z Rosją. Od czasów Związku Sowieckiego jego mieszkańcy nigdy nie walczyli o demokrację poza swoimi granicami, a wręcz przeciwnie, jeżeli gdzieś wysyłali swoje wojska, to właśnie w celu stłumienia lokalnych przejawów wolności i wprowadzenia własnych totalitarnych rządów. Podobnie postępowali na rodzimym „podwórku”. Ten powszechnie stosowany przez Sowietów totalitaryzm i siłą wymuszona jednomyślność, zarówno w Rosji, jak i zagranicą, powodował sprawne działanie „jedynie słusznego” systemu państwowego. Od czasów pierwszych carów społeczeństwo rosyjskie było wychowywane w przekonaniu, że demokracja jest objawem słabości i zachodniej dekadencji. Według Sowietów silne państwo, to takie, w którym nie ma prawa być miejsca na wiecowanie i pytanie obywateli o linię narodowej polityki krajowej i zagranicznej. Władza wszystko wie najlepiej, a ciemny naród musi się dostosować. Na wichrzycieli zawsze czekały łagry, zsyłki, czy jak to ma miejsce dzisiaj, kolonie karne. Metoda sprawowania władzy i jej istota nie zmieniały się od stuleci. To co spowodowałoby natychmiastowe odwołanie na przykład premiera Wielkiej Brytanii, czy prezydenta Stanów Zjednoczonych, w Rosji spotyka się z pełnym bojaźni zachwytem nad siłą i bezwzględnością państwa. Państwa, którego działań nigdy się nie krytykuje i któremu wyznaczone sobie cele wolno osiągnąć uświęcając wszystkie użyte do tego środki.

Obecne imperialne działania Moskwy udają się tylko w powodu całkowitej bierności Zachodu i paraliżującej wszystkie jego działania, zasadzie demokratycznej jednomyślności. Dziś Putin jest silny jedynie bezsilnością i indolencją wszystkich otaczających go państw. Wystarczy, że przykładowo tylko jeden z dwudziestu ośmiu krajów Unii Europejskiej wyrazi sprzeciw wobec jakiejś formie sankcji godzących w Rosję, a już cały plan pali na panewce. Takie współczesne liberum veto. A przecież Sowietów stać na przekupienie dużo większej liczby członków UE. Można powiedzieć, takie przekleństwo demokracji. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że zasady równości można tylko stosować wśród równych i uczciwych partnerów?

Jeszcze nigdy w historii Rosja nie miała przeciwko sobie wszystkich krajów Europy, Australii i większości państw obu Ameryk, na czele ze Stanami Zjednoczonymi. Nawet zawsze wierne Putinowi Białoruś i Kazachstan, na razie są zachowawczo obojętne, czekające na dalszy rozwój wypadków. Prezydent Łukaszenka dobrze wie, że stając po stronie Zachodu może całkiem sporo ugrać dla swojego kraju. Lecz cóż z tego skoro większość zachodnich demokracji nie rozumie starej, jak świat maksymy, że w jedności siła.

Dzisiaj NATO liczy 28 członków na dwóch kontynentach, otaczających z trzech stron Federację Rosyjską. Oficjalnymi kandydatami do członkostwa w Pakcie Północno atlantyckim są Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra i Macedonia. Potencjalnymi kandydatami pozostają Gruzja, Finlandia, Serbia i Szwecja. W obecnej sytuacji NATO powinno jednocześnie przyjąć w swoje szeregi wszystkie te państwa, dopełniając okrążenia Sowietów na wszystkich możliwych kierunkach. A przy okazji zwiększając własny i tak już olbrzymi, potencjał militarny.

W 2012 r. siły NATO liczyły 3 512 078 żołnierzy, w tym Stany Zjednoczone 1 429 000, Turcja 375 000, a Francja i Wielka Brytania po powyżej 200 000. W sytuacji, gdy „pokojowa armia pacyfistycznego” Putina ma teraz 845 000 „zielonych ludzików”. Budżet obronny Moskwy w 2013 r. wynosił 84,8 miliardów USD, gdy budżet zbrojeniowy tylko samego Waszyngtonu opiewał na kwotę 618,6 miliardów USD! Połączone siły Wolnego Świata, gdyby tylko chciały, nakryłyby własnymi czapkami gierojów Władimira Władimirowicza. Oczywiście pod warunkiem, jeśliby tylko chcieli tego chcieć.

Każde europejskie państwo stające naprzeciwko potencjałowi militarnemu Federacji Rosyjskiej, nie ma żadnych szans. Nasza armia posiadająca niespełna sto tysięcy żołnierzy (mniej niż policjantów), z tego na pierwszej linii frontu jedną trzecią tych sił, ma tylko dziesięć dywizji wojska. Dla porównania we Wrześniu 1939 r. mieliśmy trzydzieści zawodowych dywizji piechoty, dziewięć dywizji rezerwowych i dwie improwizowane. Dzisiaj nie posiadamy żadnego potencjału zbrojnego odstraszającego agresorów w postaci chociażby broni bezzałogowej, czy pocisków samosterujących.

Amerykański strateg R.L. Kugler przeprowadził symulację ataku wojsk rosyjskich na nasz kraj. Według jego założeń, najbardziej prawdopodobny jest sowiecki atak z terenów Białorusi, siłami 30 dywizji, czyli trzy razy większymi niż całe Wojsko Polskie. Po tygodniu działań wojennych agresorzy zajęliby Warszawę, instalując w niej (który to już raz ??!!) marionetkowy, proputinowski rząd. Front zatrzymałby się prawdopodobnie nie linii Gdańsk – Częstochowa, żeby nie drażnić zbytnio Zachodu poprzez zbliżanie się „zielonych ludzików” do niemieckiej granicy. Po uspokojeniu zachodniej Europy i podciągnięciu następnych jednostek nowa Armia Czerwona ruszyłaby dalej na zachód…

W tej sytuacji zupełnie niezrozumiałe jest zapewnienie D. Tuska, że w roku 2015 nawet o złotówkę nie zwiększymy naszych wydatków na armię. Biedna, sanacyjna Polska potrafiła zaciągać pożyczki zbrojeniowe we Francji i Wielkiej Brytanii i za pożyczone pieniądze sprowadzać do kraju nowoczesny sprzęt wojskowy. Dzisiaj w obliczu pierwszego od 69 lat potencjalnego zagrożenia, polski premier publicznie uspokaja nabierającego rozpędu, rosyjskiego agresora, że nie zamierza dozbrajać naszej szczątkowej armii…

Zwiększenie polskich wydatków na wojsko z obecnego poziomu 1,95% PKB do zalecanego przez NATO pułapu 2%, to w przeliczeniu na pieniądze wzrost o 800 milionów złotych. Cały czas to kropla w morzu potrzeb, ale choć tym symbolicznym gestem pokazalibyśmy Moskwie naszą wolę do zwiększania rodzimego potencjału zbrojeniowego. Zresztą Stany Zjednoczone chętniej będą nam pomagały militarnie, gdy zobaczą, że ze swojej strony zdobywamy się na dodatkowy wysiłek zbrojeniowy. Dziś Pan Premier J. Kaczyński przypomniał starą wojenną maksymę, że „kraje, które nie są w stanie się bronić, nie mają sojuszników”. Moglibyśmy, wzorem lat trzydziestych, wystąpić do prezydenta B. Obamy o przyznanie kredytu na zakup najniezbędniejszego, amerykańskiego uzbrojenia. Gdy sytuacja się ustabilizuje moglibyśmy oddać Amerykanom ten, miejmy nadzieję, niewykorzystany sprzęt.

Absurd rozbrojenia Europy posunął się do tego stopnia, że po raz pierwszy w naszej historii mamy armię porównywalną, a w niektórych elementach nawet lepszą od niemieckiej Bundeswehry. Tylko, że tym razem wojskowa słabość naszych zachodnich sąsiadów, jedyny raz w historii polsko – niemieckiego współistnienia, nie może nas cieszyć.

Zachód cały czas daje się zaskakiwać bardzo łatwymi do przewidzenia, kolejnymi zbrojnymi krokami Putina. Nowy samodzierżawca Rosji pewnie nie może się nadziwić, że wszystko mu się tak nadspodziewanie łatwo udaje. A może właśnie dokładnie przewidział tak nieporadną bierność krajów zachodniej cywilizacji?

Ciągle jesteśmy parę kroków za działaniami Moskwy. Nadszedł już ostateczny termin przejęcia inicjatywy przez NATO i Unię Europejską. Najwyższy czas, żebyśmy teraz my czymś naprawdę zaskoczyli Putina. Tak, żeby musiał porzucić swój jakże prostolinijny zbrojny plan i był zmuszony zareagować na wspólne posunięcia całej Europy. Powinniśmy przejąć inicjatywę w tej partii szachów. Niestety, póki co, ta rozgrywka przypomina grę w prostackiego „salonowca”, w którym Putin ciągle kopie nas w wypięte podogonie, a my za każdym kopniakiem zgodnym chórem zapewniamy go, iż nie zamierzamy w tej knajackiej grze zamieniać się z nim rolami.

Okazja zawsze czyni złodzieja, a apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jeżeli nawet pierwotnie Federacja Rosyjska nie zamierzała posuwać się z jawną agresją aż po Morze Azowskie, Odessę i Naddniestrze, to nasz wspólny brak adekwatnej reakcji ich do tego zainspirował. Coraz głośniej zaczynają bić dookoła nas dzwony na trwogę. Zaskoczmy czymś nieprzewidywalnym Rosję, dopóki „wyzwoleńcza krasnaja armia” jest jeszcze daleko od granicznego Bugu …

Jarosław Lewandowski

                                                                                                                                  

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*