News Ticker

Rejterada z Platformy

Obraz 412Wczorajszy dzień niewątpliwie przejdzie do annałów polskiego życia partyjnego i politycznego. Po raz pierwszy w historii powojennej, krajowej polityki, tworząca rząd partia, na własną prośbę, publicznie udowodniła, że nie już nie jest największą siłą polityczną w Polsce. Przewodniczący PO, będący jednocześnie premierem RP postanowił w ekstra ordynaryjny, przyśpieszony sposób potwierdzić swoją niezaprzeczalną supremację we własnej partii. Miało to mu dać, głównie moralny, mandat do dalszego sprawowania władzy w Platformie i tym samym w całym kraju.

Problem polega jednak na tym, że jak wiele poprzednich pomysłów D. Tuska, ten również spalił na panewce. Pan premier, jak ubolewa wielu przedstawicieli „salonu” władzy, stracił nagle polityczną intuicję i zdolność prawidłowej oceny aktualnej sytuacji. Jak twierdzą ostrzej oceniający działalność Prezesa Rady Ministrów obserwatorzy, pan premier coraz bardziej traci kontakt z otaczającą go rzeczywistością. W dalszym ciągu wierzy, już chyba tylko jedyny w Polsce, że żyje sobie na „zielonej wyspie” powszechnej szczęśliwości, a jego autorytet i powszechna nieomylność są niczym nie zagrożone. Z tak wielkim zapałem, godnym dużo lepszej sprawy, stworzył własny „mit założycielski” Platformy, która miałaby jako jedyna potrafić przeprowadzić Polskę przez zawirowania światowego kryzysu i tym samym zapisać się złotymi zgłoskami w najnowszej historii Polski. Nie tylko go stworzył, ale i w niego bezkrytycznie uwierzył. Stąd bierze się jego przekonanie  o nieomylności swoich decyzji i własnych współpracowników. Bronienie ministra finansów, który znosi ograniczenia ochronne budżetu, bo nie potrafił go właściwie zaplanować, nic reagowanie na ignorancję minister sportu, która naraża Skarb Państwa na milionowe straty, czy przyzwolenie na co najmniej dwuznaczne, ekstrawagancje ministra transportu, który swoim bizantyjskim stylem bycia wystawia jak najgorsze świadectwo platformianym rządom. Zupełnym kuriozum jest „pójście w zaparte” w obronie wiceprzewodniczącej PO i prezydent Warszawy, którą, według pana premiera, trzeba nawet bronić bojkotując demokratycznie zarządzone referendum w jej sprawie. Właśnie to zupełne niewidzenie własnych błędów i zamykanie oczu na prawdziwe nastroje w kraju doprowadziły lidera Platformy do auto kompromitacji w zarządzonych przez samego siebie wyborach na przewodniczącego PO.

Świadomie piszę tu o kompromitacji nowo wybranego przywódcy rządzącego Polską ugrupowania. Zdobycie jedynie 37 procent głosów wszystkich członków Platformy i frekwencja ledwie 51 procent należących do PO pokazuje prawdziwe nastroje wśród największych fanów „partii miłości”. A miały to być wybory przeprowadzone pośród „najwierniejszych z wiernych”, w pełni świadomych i nowoczesnych obywateli III RP. Po uprzednim zweryfikowaniu listy członków i pozbyciu się wszystkich „martwych dusz”. Ten wynik dobitnie pokazuje, że rejterada z pokładu coraz szybciej tonącej łajby o nazwie Platforma Obywatelska, rozpoczęła się na dobre. Aż 48 procentom członków partii D. Tuska nie chciało się nawet kliknąć parę razy w klawiaturę komputera, żeby oddać głos w wyborach na nowego przewodniczącego PO. Oznacza to, że zniechęcenie i apatia we własnych szeregach przekracza już masę krytyczną. Znowu okazało się, że partia polityczna mająca w swojej nazwie nawiązanie do obywatelskości jest wyjałowiona ze wszystkich ideałów. Koniunkturalizm, mówiąc oględnie, nie do końca obcy członkom Platformy, przy zmianie koniunktury nie pozwala już, na pewnie niewiele „załatwiające”, uczestnictwo w czynnym życiu „partii powszechnej szczęśliwości”. Synekury już dawno zostały rozdane, na nowe profity nie ma za bardzo co liczyć, czyli polityczny „instynkt samozachowawczy” nakazuje nic nierobienie.

Poza D. Tuskiem i J. Gowinem nikomu innemu nawet nie chciało się stawać w szranki partyjnej rywalizacji. Zastanawiające jest też, że G. Schetyna nie zgłosił się na partyjnego kontrkandydata dla pana premiera. Pewnie będąc jedną z lepiej poinformowanych osób w obozie władzy, dokładnie zdaje sobie sprawę, że już nawet nie warto konkurować o przywództwo w Platformie, która stacza się po równi pochyłej w polityczny niebyt. Kto to może wiedzieć lepiej, jak nie były numer dwa w tej partii? Nikt nie chce być kapitanem przegranego zespołu, który ma już tylko wydać ostatnią komendę : „Sztandar wyprowadzić!”…

Wczoraj Donald Tusk przekonał się, jak znikomym zaufaniem cieszy się nawet we własnych szeregach i jak niebezpieczny przeciwnik rośnie u jego boku, w postaci posła Jarosława Gowina. Nie wiadomo, co z tą wiedzą teraz zrobi. Czy dalej będzie zaklinał otaczającą go rzeczywistość i robił wesołą minę do coraz gorszej gry, czy też wyciągnie jakieś wnioski. Szkopuł tkwi w tym, że niewiele, z tą tendencją rosnącej społecznej dezaprobaty względem własnej osoby, może teraz zrobić. Chce, czy nie, jest balastem ciągnącym w dół całe swoje ugrupowanie, a w jego publiczną użyteczność wierzy już tylko co trzeci członek PO. Nie mówiąc o reszcie polskich obywateli, wśród których wiara w sopockiego polityka jest jeszcze mniejsza.

Chciałoby się przypomnieć niesławne słowa tego samego bohatera, gdy podczas nocnej narady, pospołu z prezydentem Lechem Wałęsą i innymi zatrwożonymi posłami ówczesnego Sejmu, pośpiesznie obalał rząd Jana Olszewskiego : „Panowie, policzmy głosy!” Głosy wewnątrz Platformy zostały właśnie policzone. I wynik tego liczenia jest najlepszą odpowiedzią na pytanie o poparcie dla obecnego pana premiera…

Co wynika dla Polski z tego plebiscytu niezadowolonych w partii władzy? Chyba tylko to, że jeszcze zaostrzy się konflikt na linii J. Gowin – D. Tusk. Były minister sprawiedliwości, jak sam stwierdził, po ogłoszeniu wyników wyborów : „ oczekuje na istotną korektę polityki rządu”. Oznacza to, że niesiony dość niespodziewaną falą ponad 20 procentowego poparcia wśród głosujących, zamierza dalej twardo publicznie krytykować posunięcia obecnej, rządowej ekipy, z której zresztą pod byle pretekstem, nie tak dawno został wyrzucony. Czyli w PO dalej będzie trwała otwarta walka na górze. Już nie będzie to delikatne kąsanie się pod dywanem, ale publiczna, dalsza wymiana złośliwości i wzajemnych ciosów. Szkoda tylko, że kolejny raz ucierpi na tym rządzenie naszym krajem, na które już, ścierającym się ze sobą oponentom, może zabraknąć energii, pomysłu i zwyczajnie … czasu.

My tymczasem dalej spokojnie róbmy to, co robiliśmy dotychczas. Możemy się tylko z politowaniem uśmiechnąć nad zachwytami platformersów, jak to bardzo demokratyczna jest ich partia. Niedługo, w ramach tej demokracji, chętnych na jakiekolwiek funkcje w PO trzeba będzie chyba brać z łapanki. Zapał w „jedynie słusznej partii”, jeżeli kiedykolwiek był, to się już do reszty wypalił. Polityczna apatia i ogólne zniechęcenie do własnych rządów nie wróży niczego dobrego dla Platformy. Jesteśmy już pierwszą siłą polityczną w kraju. Gdyby były u nas powszechne wybory prezesa Prawa i Sprawiedliwości, to pan premier J. Kaczyński, przy zdecydowanie większej frekwencji głosujących, osiągnąłby z pewnością prawie całkowite poparcie partyjnych wyborców. I to nie dlatego, że jesteśmy niedemokratyczni, ale z powodu, że ufamy w jego uczciwość, bezinteresowność i pomysł na Polskę. Tym znacząco różnimy się od Platformy. Oni nigdy nie mieli, nie mają i mieć nie będą tak niekwestionowanego  przywódcy, jak były i przyszły premier z warszawskiego Żoliborza.

Jarosław Lewandowski

1 Comment on Rejterada z Platformy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*