News Ticker

Pytania do Ukraińców

Trwający już prawie miesiąc, ukraiński protest społeczny na tak zwanym Euro – Majdanie, wchodzi obecnie w decydującą fazą. Ważą się losy przynależności Kijowa do rosyjsko – azjatyckiej strefy wpływów. Taki wariant zdarzeń jest najbardziej prawdopodobny. Wystarczy, że prezydent W. Janukowycz, niczym udzielny władca, nie zważając na ukraiński parlament i krajową opozycję, podpisze pakt gospodarczy z W. Putinem. Jednak niepodpisanie umowy celnej z Rosją, wcale nie oznacza przystąpienia Ukrainy do jakichkolwiek unijnych związków gospodarczych. Jak powinna zachować się Polska, w przypadku niezwiązania się Kijowa z Moskwą?

Dynamika wydarzeń „nakazała” Jarosławowi Kaczyńskiemu błyskawiczną reakcję na ukraińskie niepokoje. Tak szybki przyjazd na Euro – Majdan, byłego i przyszłego polskiego premiera zaskoczył wszystkich polityków w kraju. Nawet D. Tusk, w pierwszym odruchu, dziękował przywódcy opozycji, jego słusznej reakcji. Aż miło było patrzeć, jak ledwo podążający za nim euro deputowany PO, J. Protasiewicz, robił „dobrą minę do złej gry”. Nie zmieniło to w niczym faktu, że to nasz Prezes był pierwszy w Kijowie i już na samym początku społecznego protestu poparł proeuropejskie aspiracje Ukrainy. Tym samym największa partia opozycyjna, ustami swojego lidera dała wyraźny sygnał, jaką Ukrainę chciałaby wspierać. Ale za każdymi, nawet najwznioślejszymi ideami stoją konkretni ludzie. Odpowiedzialność partii, która prawdopodobnie, już nie długo, przejmie władzę w Polsce, musi, między innymi, polegać na tym, że dokładnie powinna wiedzieć, kogo obdarzy swoim zaufaniem i poparciem.

Dlatego postarajmy się zastanowić nad, ostatnio bardzo „lotnym”, hasłem : „ Popieramy Was, bracia Ukraińcy”. Co takiego wyjątkowego jest w dzisiejszych potomkach Rusinów, że zasługują na nasze poparcie i nazywanie ich naszymi braćmi? Nie chodzi tu przecież o „braci Słowian”, bo określenie to jest używane w opozycji do Rosjan, którzy także należą do tej samej grupy ludów indoeuropejskich. Czy mają nas dziś jednoczyć czasy wojen tureckich, gdy Kozacy obok Polaków toczyli wspólne walki z otomańskim imperium? Było to aż czterysta lat temu, zresztą tamta epoka skończyła się „bratobójczymi” walkami pomiędzy naszymi oboma narodami. To ostatni moment, kiedy można było użyć tego braterskiego określenia. Zresztą nasi ówcześni bracia Rusini, sprowadzili wtedy na Rzeczpospolitą jednego z jej największych wrogów – Tatarów. Idąc tym tokiem rozumowania, nie powinniśmy mieć teraz w naszym kraju żadnych sklepów Ikei, bo to przecież potomkowie sprawców XVII wiecznego, szwedzkiego potopu … Cztery stulecia to zdecydowanie za długi okres, żeby mógł mieć jakikolwiek wpływ na jakości obecnych stosunków między jakimiś krajami. Ale nasza życzliwa pamięć w stosunku do innych nacji powinna sięgać czasów zdecydowanie nam bliższych, kiedy wspólne przeżycia mogą i powinny obecnie nas zbliżać. Takie pozytywne doświadczenia związane z okresem ostatniej wojny mamy z Rumunami i Węgrami. Ci pierwsi, gdy po klęsce wrześniowej tysiące Polaków szukało schronienia na terenie ich kraju, dzielili się z naszymi rodakami ostatnim kawałkiem suchego chleba. Sami bardzo biedni, wspomagali nas jak tylko mogli. Podobnie było z Węgrami. Nie dość, że po Wrześniu dawali nam schronienie, to jeszcze pod koniec wojny, choć byli sojusznikami Hitlera, sprzedawali Polakom broń i amunicję, przepuszczali nasze oddziały przez swoje pozycje. Te narody zasługują na naszą wdzięczną pamięć. Zgodnie z powiedzeniem, że „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”, po wielokroć zasłużyli sobie na to określenie.

Ukraińcy mieli dużo więcej okazji do zaskarbienia sobie naszej wdzięczności, niż Rumuni i Węgrzy razem wzięci. Problem w tym, że gdy mogli okazać nam drugo wojenną pomoc, za każdym razem wbijali Polakom nóż w plecy. I to niestety w bezpośrednim znaczeniu tego słowa. Będąc obywatelami II Rzeczypospolitej, na równi z Niemcami i Sowietami atakowali nasze wycofujące się oddziały, dopuszczali się bestialskich mordów na bezbronnej, polskiej ludności, budowali powitalne bramy dla wkraczających na terytorium Rzeczypospolitej, Sowietów. Z ukraińskich ochotników została utworzona, na wiosnę 1943 r., 14 Dywizja Grenadierów SS, potocznie nazwana od rejonu swojego sformowania – SS Galizien ( 11 500 ukraińskich nacjonalistów). Niezależnie od tego, rok później hitlerowcy powołali do życia cały XV Korpus Kawalerii SS ( 35 000 Ukraińców). Pod koniec wojny praktycznie cała hitlerowska kawaleria składała się z ukraińskich Kozaków. Obie te formacje, jak również inne ochotnicze oddziały ukraińskie, do samego końca III Rzeszy „dzielnie” wytrwały przy boku swoich faszystowskich sojuszników.. Gdy jakiś ich oddział został rozbity, jego niedobitki z reguły od razu zasilały lokalne bandy UPA. Gdy myślimy o braterstwie, przyjaźni i zaufaniu, to w przekroju historii XX wieku Ukraińcy, zaraz po Niemcach i Sowietach, najmniej zasługują na te określenia. A mówiąc precyzyjniej, nie zasługują na nie wcale. Jaką dziś mamy gwarancję, że gdy, nie daj Boże, znowu zaistnieje taka potrzeba, staną przy naszym boku, wspólnie dając odpór Rosjanom, Białorusinom, czy Niemcom? XX wieczne doświadczenia jednoznacznie podpowiadają wręcz przeciwne zachowanie naszych wschodnich sąsiadów …

Ukraina miała w swojej najnowszej historii okres wspólnych walk przy boku Polaków, o europejską przyszłość swego kraju. Myślę tu o naszych połączonych działaniach, atamana S. Petlury i Wojska Polskiego przeciwko sowieckiej Armii Czerwonej. Problem w tym, że współcześni Ukraińcy w ogóle nie identyfikują się z wojskami tamtego „białego” generała. Jakby ciągle wstydzili się swoich zbrojnych wystąpień przeciwko Sowietom.

Za to dumnie wspominają swoich banderowców, którzy za cel stawiali sobie fizyczną eliminację jakichkolwiek przejawów polskości z terenów na jakich działali. Bez względu na to, czy był to odległy Wołyń, czy też bliskie Bieszczady. Metody ich tak zwanej walki były bardzo często zwykłymi zbrodniami wojennymi i ludobójstwem bezbronnych ofiar. Być może, dla Ukrainy byli to walczący o jej wyzwolenie partyzanci, tacy sami, jak dla Niemców Wehrwolf. Dla Polaków obie te formacje były tylko zbrojnymi bandami, skrytobójczo napadającymi na bezbronną ludność wschodnich i zachodnich naszych rubieży, tylko dlatego, że zamieszkiwali je Polacy, których „trzeba było fizycznie wyeliminować”.

Myślę, że dopóki Kijów jednoznacznie nie potępi tamtej swojej nacjonalistyczno – upowskiej historii i nie zapewni Polski, że na Ukrainie nie ma dzisiaj miejsca dla takich poglądów, to powinniśmy zachować większa wstrzemięźliwość w hurra optymistycznej egzaltacji zmianami na Ukrainie. Jakikolwiek nacjonalizm u naszych granic, czy to niemiecki, sowiecki, czy wreszcie ukraiński jest tak samo groźny dla naszego kraju.

Dziś nie chodzi o to, żebyśmy ostrzegali Europę przed Ukrainą, ale żebyśmy w jej imieniu zadali Kijowowi kilka fundamentalnych pytań, od których zależeć będzie współpraca naszych wschodnich sąsiadów z Unią Europejską. Postawienie tych pytań jesteśmy winni pozostałym krajom Unii, nie dlatego, że jesteśmy jakimś najważniejszym sędzią, ale dlatego, że mając tak wielkie i nieprzerwane doświadczenia we wszelakich kontaktach z Ukraińcami na przestrzeni ostatnich lat, najlepiej orientujemy się o co pytać naszych sąsiadów.

Stary Kontynent potrzebuje prawdziwie demokratycznej, ale też przewidywalnej i europejskiej Ukrainy. Przyjmując ją w skład naszego wspólnego, unijnego organizmu musimy mieć pewność, że jest to całkowicie zdrowa tkanka państwowa, która nie zarazi innych krajów Europy sowiecką infiltracją, rodzimym nacjonalizmem i wszechogarniającą korupcją. Tylko taka Ukraina jest dziś potrzebna Unii Europejskiej.

Jarosław Lewandowski

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*