News Ticker

Prezydent wszystkich Polaków?

Obraz 412W kończącym się tygodniu zapadły dwie, prawie, że dziejowe decyzje dotyczące najbliższej przyszłości naszego kraju. Marszałek Sejmu RP ogłosił datę wyborów prezydenckich, a zaraz potem urzędująca Głowa Państwa zgłosiła chęć ponownego ubiegania się o reelekcję. Wyglądało to trochę tak, jakby wyznaczenie daty wyborów nieoczekiwanie i na tyle skutecznie wyrwało obecnego prezydenta z zimowego letargu, że szybciutko ogłosił, iż on też chce uczestniczyć w tym „wyścigu po największy żyrandol”.

Zaczynałem już się nie na żarty obawiać, że Pierwszą Osobę w Państwie trzeba będzie usilnie prosić o uczynienie tej grzeczności narodowi i ponowne kandydowanie. Wszystkie mniej lub bardziej liczące się na scenie partie polityczne zdążyły już podać swoich kandydatów. Włącznie z „idącymi”, od wyborów samorządowych, po władzę PSL-owcami i wszelakim planktonem politycznym rodem z palikociarni, zielonych i innych egzotycznych organizacji, których nie udało mi się spamiętać.

Oczami wyobraźni już widziałem te pielgrzymki zaniepokojonych opieszałością lub też wahaniem obecnego Pana Prezydenta. Pod Belweder zaczęłyby zajeżdżać kolejne autokary zatrwożonych lemingów. Łódzki profesor biologii przywiózłby w darze najpiękniejsze okazy robaków ze swej prywatnej kolekcji oraz świeżo wygrzebany z pod śniegu szczaw, prosto z kolejowego nasypu. Pani posłanka Joanna przywdziałaby swój najpiękniejszy kubraczek ( ten pasujący do każdej orientacji politycznej) i wręczyłaby prezydentowi najnowszy elementarz z własnoręczną dedykacją. Pewien aktor o imieniu Daniel, padłby, w proteście przeciw temu wahaniu, u progu pałacu, niczym Rejtan rozrywając na torsie koszulę, pokazując na starej piersi ryby siną barwą kłute… Sam Donald wysłałby z Brukseli swoją najbardziej zaufaną blondynkę, która mrugając olbrzymimi rzęsami, bez ogródek oznajmiłaby głównemu bohaterowi dramatu : „Sorry Bronek, ale musisz!” Jak Polska długa i szeroka napływałby do Pałacu Namiestnikowskiego liczne telegramy, faksy, depesze i widokówki, zapewniające o bezwarunkowym poparciu.

Bo i pewnie Osobą wyżej wymienionego targały poważne dylematy. Czy nadal tylko pilnować nawet najpiękniejszego żyrandola, czy też wsłuchać się w głos ludu i ruszyć z odsieczą protestującym na drogach rolnikom? Toż to trzeba odstrzelić ponad dwanaście tysięcy dzików, zagrażających swoją ekspansją setkom gospodarstw rolnych spokojnych obywateli miast i wsi. Rozumiem te dylematy wytrawnego myśliwego, który chętnie (oczywiście tylko pro publico bono) zakrzyknąłby „Darz bór!”, zdjął starą flintę ze ściany i ruszył między pola i lasy wytępić chrumkającą zarazę. Pewien wyrośnięty adwokat o imieniu dawnego przywódcy polskiej Endecji, mógłby podawać coraz to nowe patrony, a inny druh Pana Prezydenta, korpulentny Michał, zwany „Misiem”, użyłby zapewne wszystkich swych pijarowskich zdolności, by zaciekawione zwierzęta, jedne po drugim same wychodziły „na strzał” naszego myśliwego. Zwierz słałby się gęsto, tak, że po paru dniach wdzięczni rolnicy mogliby wrócić do swoich domostw, a krajowi przestałoby grozić widmo głodu z powodu spustoszonych pól…

Jednak Pan Prezydent postanowił inaczej. Na dziękczynnej konwencji, jaką wdzięczna PO zorganizowała Bronisławowi Komorowskiemu, ogłosił, że tym razem chce być kandydatem obywatelskim. Jak można było zauważyć w telewizyjnej transmisji, prawdopodobnie wzbudziło to uśmiechy nawet wśród najwierniejszych z wiernych, zgromadzonych wokół Pana Kandydata. Wdzięczna pani premier dziękowała „Bronkowi” podjętej decyzji, zapewniając Go, że ma pewne „pełowskie” poparcie. Dalej będzie ciepła woda w kranie, znów zapanuje powszechna szczęśliwość, a jak obywatele zechcą mieć bardziej wyrazistego prezydenta, to Bronisław Komorowski znowu zapuści srogie wąsy. A przy okazji będzie gotowy temat do kolejnej rozmowy z prezydentem Obamą. Już dwukrotnie prezydent Stanów Zjednoczonych, jakby nie wiedząc o co może zapytać naszą Głowę Państwa, pytał Go, czy ten ostatnio nie miał wąsów…

Patrząc na właśnie co zgłoszonego kandydata PO, przypomina mi się stary film „Wystarczy być”. Poczciwy, dystyngowany ogrodnik doszedł do bardzo wysokich urzędów, tylko dlatego, że się nie odzywał i nie miał własnego zdania na żaden temat. Czyli dla każdego prezentował coś miłego. Ładnie się uśmiechał, wszystkich uprzejmie wysłuchał. Niby sam „prochu nie był w stanie wymyślić”, ale wszystkim wydawał się być taki sympatyczny.

Po tygodniach niepewności i ogłoszonej w końcu chęci kandydowania przez Bronisława Komorowskiego, znów potoki mogą dalej płynąć swoim wartkim nurtem, a słońce jakby weselsze będzie chować się za widnokręgiem. Być może zwycięży „polityka kontynuacji”, zamykania oczu na otaczającą nas rzeczywistość i ciągłego godzenia się na trzeciorzędną rolę Polski w dzisiejszej Europie. Tylko żal rdzewiejącej dubeltówki i tych wszystkich dziczych trofeów, które mogły dumnie zawisnąć na ścianach w Ruskiej Budzie… A tak na poważnie, to żal Polski.

Jarosław Lewandowski

                                                                                                                                  

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*