News Ticker

Polski barbakan

Obraz 412Położenie geograficzne naszego kraju, od samych początków powstania jego państwowości, wiązało się z wielkimi wyzwaniami. Od ponad tysiąca lat jesteśmy państwem leżącym na skraju Europy, czy jak kto woli, zachodniej chrześcijańskiej cywilizacji. Dla orientalnych krajów, a często wręcz prymitywnych, wschodnich ludów byliśmy Ziemią Obiecaną, wrotami do cywilizowanego świata. To właśnie Polska była przez wieki odpowiedzialna za to, żeby przez te zbyt szeroko otwarte drzwi, nie zalał ziem położonych na zachód od Dniepru niekontrolowany potok wschodnich, azjatyckich najeźdźców. To, że Zachodnia Europa mogła przez stulecia rozwijać się w miarę równomierny, niezakłócony sposób, zawdzięczała po części obecności naszego kraju na wschód od swoich granic. Niemieckie, francuskie, czy austriackie miasta nie były co i raz pustoszone przez najazdy Mongołów, Turków i Moskali, bo swój zbójnicki szlak kończyli oni na terytorium Rzeczypospolitej. Gdyby nie było państwa polskiego czambuły turecko – tatarskie zakładałyby swoje zimowe kosze nie na „multańskiej stronie” Dniestru, ale nad brzegiem Łaby, Szprewy, a może i Renu. Przez całe dziesięciolecia granica Azji znajdowała się, nie tak jak dziś nad Bosforem, ale na Dniestrze i Zbruczu. Na multańskim (czyli mołdawskim) brzegu rzeki zamieszkiwanym przez Wołochów, zależnych od otomańskiego imperium, nie panowały już żadne cywilizowane prawa, rządzili tam udzielni władcy, hospodarowie i tureccy lennicy. Nie ma darmo wszyscy wyjęci z pod prawa  przestępcy uciekali na Dzikie Pola, gdzie nie groziła im już żadna „karząca ręka” cywilizowanej sprawiedliwości. Za naszą wschodnią granicą sam fakt bycia katolikiem był bardzo często śmiertelnym przestępstwem. Niestety, wielokroć stan ten utrzymał się od Średniowiecza, aż do II wojny światowej. Tam, gdzie na wschodzie kończyła się Polska, kończyła się też i Europa. Im mniej było polskich ziem, na skutek kolejnych azjatyckich najazdów, tym również mniejszy był obszar światowej cywilizacji.

Niemiecki marsz na wschód, choć często równie barbarzyński, co napady wschodnich grabieżców, nie był jednak nigdy przeprowadzany z takim rozmachem i na tak wielką skalę, jak azjatyckie napady tysięcy dzikich ordyńców.

Pierwsze starcie polsko – azjatyckie nastąpiło w 1241 r., kiedy to miał miejsce I najazd mongolski na południowo wschodnie tereny Rzeczypospolitej. Tatarzy, którzy byli jednym z mongolskich plemion, zdobyli Lublin i Sandomierz, ale po bitwie z rycerstwem krakowskim pod Turskiem, zostali zmuszeni do powrotu na Ruś. Jednakże po kilku miesiącach oddziały mongolskie pod wodzą Bajdara wróciły na ziemie polskie, zdobyły Kraków i dotarły aż pod Legnicę. Tam stoczyły zwycięską bitwę z połączonymi siłami rycerstwa wielkopolskiego, małopolskiego, śląskiego i opolskiego. W walkach po stronie europejskiej brały udział również Templariusze i Joannici z Moraw i Niemiec. Nasze siły wynosiły około 6 000 rycerstwa, przeciwko około 10 000 Mongołów. Podczas bitwy do niewoli dostał się dowodzący polskimi wojskami Henryk II Pobożny, który został ścięty za odmowę uklęknięcia przed zwłokami mongolskiego dowódcy, który poległ pod Sandomierzem. Według opinii Jana Długosza wojska tatarskie zastosowały wtedy po raz pierwszy : „ (…) jakąś parę gęstą, dym i wiew tak smrodliwy, że po rozejściu się między wojskami tej zabójczej broni Polacy mdlejący i ledwo żywi ustali na siłach i niezdolnymi się stali do walki.” Świadczyłoby to o tym, że po raz pierwszy broni chemicznej, w postaci gazów bojowych, w Europie użyto nie podczas I wojny światowej pod Ypres, ale osiemset lat wcześniej pod Legnicą. Mongołowie za czasów Czyngis – chana współpracowali zbrojnie z Chińczykami, którzy już wtedy dysponowali taką gazową technologią, więc jest całkiem możliwe, że chińscy specjaliści od pierwszych gazów bojowych walczyli po stronie Azji przeciw połączonym europejskim wojskom. Po bitwie, część tatarskiej armii, nie zdobywając samej warownej Legnicy, spustoszyła Węgry i Morawy, ale znaczne siły z poległym wodzem i rannymi powróciła z powrotem na Ruś. Można powiedzieć, że wtedy po raz pierwszy nasze rycerstwo ocaliło resztę nieprzygotowanej Europy od najazdu głównych sił azjatyckich plemion. Począwszy od połowy XIII wieku Polska, częściowo niezależnie od siebie, stała się „urbs antemurale christianitatis” – przedmurzem chrześcijaństwa, prawdziwą „bramą” do Europy.

II najazd Mongołów, który nastąpił w latach 1259 – 60 kosztował Rzeczpospolitą około 10 000 jasyru. Zbyt słabe polskie siły liczące jedynie 3 000 jazdy i 6 000 piechoty nie mogły temu zapobiec, ale znów skutecznie powstrzymały siły Azji, które doszły aż pod sam Wawel.

Ostatni, III najazd mongolski w latach 1287 – 88, co prawda uprowadził kolejne parę tysięcy jeńców i spustoszył tereny wiejskie ziemi sandomierskiej, ale już nie spowodował utraty żadnego z polskich miast. Polska obrona powoli krzepła i potrafiła coraz lepiej chronić wschodnie rubieże ówczesnej Europy.

Po rozpadzie Złotej Ordy na terenie zamieszkujących ją plemion mongolskich powstał chanat krymski, który w 1475 r. stał się lennem tureckim. Od tego momentu Polsce, a tym samym i całej Europie przybył nowy, śmiertelny wróg w postaci osmańskiego imperium.

Największe natężenie najazdów tatarskich miało miejsce w latach 1474 – 1534 i 1605 – 1633. Czambuły nowych Mongołów docierały czasami aż do brzegów Wisły.

W historii tych wojen nie brakowało sytuacji nie tylko dramatycznych, ale i grożących utratą państwowości przez I Rzeczpospolitą. Klęska zadana wojskom koronnym pod Cecorą w roku 1620 realnie zagroziła trwałym rozlaniem się wschodnich ordyńców na obszar całej, zachodniej cywilizacji. Wtedy to 40 000 -a  armia turecko – tatarska dowodzona przez Iskandra Paszę rozbiła siły polskie liczące tylko 8 600 żołnierzy. Podczas bitwy zginął wielki hetman koronny Stanisław Żółkiewski, a hetman polny, Stanisław Koniecpolski dostał się do otomańskiej niewoli. Jak bezpardonowe były walki z dzikimi najeźdźcami świadczy fakt, że wszyscy wzięci do niewoli Polacy zostali na miejscu zamordowani. Jednakże już rok później, w 1621 r., wojska polskie pokonały pod Chocimiem połączone wojska turecko – tatarskie, przywracając na kresach wschodnich korzystne dla nas status quo. Powstanie B. Chmielnickiego (1648 r.) było kolejną okazją dla Tatarów najechania polskiego terytorium. Korzystając z chwilowego bezkrólewia po śmierci Władysława IV, połączone wrogie wojska, tym razem kozacko – tatarskie rozpoczęły wojnę z Rzeczpospolitą. 6 000 lekkozbrojnych Tatarów pod wodzą Tuhaj – beja zaatakowało wschodnie województwa Polski. Obaj nowi agresorzy dokonali nawet porozumienia w sprawie podziału łupów zdobywanych na naszych ziemiach. Tatarom dostała się zdobycz w postaci ludzi i zwierząt, a Kozacy, którzy nie brali jasyru (zresztą często składającego się ze swoich rodaków), zadowolili się łupami w postaci złota, biżuterii i ubrań. Można przyjąć, że w pierwszej połowie XVII wieku Tatarzy uprowadzili z terenów Rzeczypospolitej około 250 000 osób. Gdyby nie polska państwowość ludzie ci byliby uprowadzeni z terytorium państw niemieckich, Czech, Moraw lub Austrii. I jest bardzo prawdopodobne, że na ćwierć milionie jeńców wcale by się nie skończyło.

Wojny polsko – tureckie, toczące się na naszym terytorium, miały swoje apogeum w latach 1633 – 34 i 1672 – 76. W sierpniu 1672 r. sułtan Mehmed IV oblegał Kamieniec Podolski z olbrzymią, jak na tamte czasy armią liczącą od 100 000 do 300 000 żołnierzy. Dodatkowo Turcy byli wyposażeni w artylerię obsługiwaną przez francuskich specjalistów. Na skutek polskiej przegranej i stracie Kamieńca został zawarty bardzo niekorzystny dla Polski traktat w Buczaczu, oddający Turcji Podole, Bracławszczyznę, część Ziemi Kijowskiej i zwierzchnictwo nad Kozakami. Na moment starannie pilnowane przez Rzeczpospolitą drzwi do Europy stanęły otworem przed islamskim zniewoleniem. Na szczęście 11 listopada (symptomatyczna, choć zupełnie przypadkowa zbieżność dat z późniejszymi wydarzeniami 1918 r.) 1673 r. hetman wielki koronny Jan Sobieski pokonał pod Chocimiem 35 000 armię turecką. Brzmi to wręcz nieprawdopodobnie, ale połączone wojska polsko – litewskie, liczące około 30 000 żołnierzy, przy nieznacznych stratach własnych zabiły lub wzięły do niewoli 30 000 Turków i zdobyły wszystkie ich 120 dział. Czasem broniąc chrześcijaństwa i światowej cywilizacji musieliśmy dokonywać prawdziwych militarnych cudów. Czy podobnie udałoby się rozprawić z otomańskim najazdem rycerstwu Francji lub Hiszpanii?

Rok 1683 przyniósł największe zwycięstwo Polski nad potężną Wysoką Portom, które definitywnie zatrzymało inwazję islamu na cywilizację zachodnio – europejską. Po zawarciu 30 marca 1683 r. traktatu sojuszniczego pomiędzy Rzeczypospolitą, a państwem Habsburgów Polska zobowiązała się do stanięcia w obronie zagrożonej przez południowo – wschodnich łupieżców austriackiej monarchii. Armia wiedeńskiego cesarza Leopolda I liczyła raptem około 30 000 żołnierzy, co nie stanowiło żadnej przeszkody dla tureckiej nawałnicy wielkiego wezyra Kary Mustafy, prowadzącego 160 000 ordyńców. Była to prawdziwa inwazja wszystkich, połączonych barbarzyńskich sił Wschodu na bogatsze ziemie ich zachodnich sąsiadów. W tureckiej koalicji oprócz Imperium Osmańskiego uczestniczyli także Tatarzy, Siedmiogrodzianie, Mołdawianie i Wołosi. Jan III Sobieski przyprowadził pod oblegany, przez prawie 300 000 wschodnich rozbójników Wiedeń, 27 000 wojsk koronnych, w tym głównie husarię. Atak połączonych sił polsko – austriacko – niemieckich rozbił, na polskim odcinku ataku w Lesie Wiedeńskim, wojska przeciwnika. Turcy stracili 20 000 zabitych i 5 000 rannych, tylko przy 1 500 poległych i 2 500 zranionych żołnierzy zachodniej koalicji. Sułtan Kara Mustafa uciekł z pola bitwy, Polacy zdobyli cały turecki obóz, wszystkie działa, większość uzbrojenia i zapasów. Turcy już nie byli zdolni do inwazji na Europę. Zachodnia cywilizacja, dzięki polskiej odsieczy, została definitywnie uratowana.

Następny raz uchroniliśmy Stary Kontynent, od zalewu wschodniego barbarzyństwa, w roku 1920, gdy bolszewickie hordy po „trupie pańskiej Polski” szły wprowadzać komunizm aż po kres Europy. Gdyby nie genialny, ale i bardzo ryzykowny manewr wojsk polskich znad Wieprza, to Warszawa, która stała się już miastem frontowym, padłaby pod naporem krasnoarmiejców. Już nawet wszystkie zagraniczne poselstwa, z wyjątkiem nuncjatury papieskiej, opuściły stolicę Polski, nie wierząc w zwycięstwo naszych żołnierzy. Gdyby wtedy Warszawa skapitulowała, bolszewicy zatrzymaliby się dopiero w Paryżu, a może nawet i w Londynie… Czy któreś z zachodnich, uratowanych wtedy przez nas mocarstw, jaszcze obecnie pamięta tamte nasze zasługi?

We wrześniu 1939 roku własnym poświęceniem i samotną walką na dwa fronty oraz ofiarą własnej niepodległości podarowaliśmy reszcie wolnego kontynentu ostatnie pół roku pokoju. Okres, który został beztrosko zmarnowany przez naszych zachodnich, niestety tylko papierowych, aliantów.

Przed odsieczą wiedeńską Rzeczpospolita dostała od papieża i austriackiego cesarza pieniądze na opłacenie części wojsk biorących udział w wyprawie wiedeńskiej. W 1920 r. Węgrzy rozumiejąc grożące także i im bolszewickie zagrożenie podarowali nam miliony sztuk amunicji, dzięki czemu nie zabrakło nam jej podczas Bitwy Warszawskiej, a Francuzi przysłali  mniej lub bardziej przydatnych wojskowych doradców. Podczas kampanii wrześniowej byliśmy zdani już tylko na własne siły…

Dzisiaj sytuacja polityczna jest zupełnie inna. Zagrożenie dla europejskiego chrześcijaństwa i wywodzących się od niego uniwersalnych wartości nadchodzi nie, jak zwykle ze wschodu, ale paradoksalnie z zachodu Europy. Państwa zachodnich demokracji, takie jak Wielka Brytania, Francja, Beneluks, czy Niemcy od wielu lat przyjmują do swoich krajów tylu islamskich emigrantów, że niedługo staną się białą mniejszości we własnych granicach. Ostatnio, po bestialskim zabójstwie w biały dzień brytyjskiego żołnierza na ulicy jednego z angielskich miast przez islamskich fanatyków, głos zabrał już urodzony w Wielkiej Brytanii imam Anjem Choudary. Ten zwolennik wprowadzenia w Anglii praw szariatu stwierdził, że : „(…) jeśli komuś nie podobają się jego poglądy, może sam wyjechać”. Tym razem ateizm, pseudo moralne wyzwolenie, w postaci promocji homoseksualizmu, zachwytów nad islamem, przy jednoczesnym zwalczaniu katolicyzmu, zaczyna zagrażać z zachodu państwom naszego regionu. Nie wystarczy, jak kiedyś odgrodzić się od wschodu przedmurzem zapobiegającym wpływom wojującego ateizmu, komunizmu, czy islamu. Obecnie trzeba by wokół państw o jeszcze zdrowym rdzeniu moralnym stworzyć swoisty nie mur, a barbakan ochronny dla tych wartości, którymi z innymi podobnymi nam krajami kierowaliśmy się przez wieki. Mam tu na myśli państwa Europy środkowej, od Bałtyku aż po Morze Czarne takie jak Czechy, Słowacja, Węgry, Litwa, Łotwa, Estonia, może również Rumunia i Bułgaria. Pod przewodnictwem Polski mógłby powstać swoisty wspólny pakt tych wszystkich, którzy będą bronić praw zamieszkujących ich terytorium większości swoich obywateli. Można powiedzieć, że byłby to, w zmodyfikowanej formie, federacyjny związek państw proponowanych przed II wojną światową przez Marszałka Józefa Piłsudskiego lub nowy Wielokąt Wyszehradzki. Wymienione państwa nie będą sztucznie zachwycać się propagowaniem homoseksualizmu, aborcji i dziwnych związków mających zastąpić rodzinę. Przede wszystkim będą chronić swoich obywateli i dbać o zachowanie przez nich niezbywalnych praw większości narodowych. Największym ich dobrem będzie, jak przez całe stulecia, propagowanie swoich ojczystych wartości. Zagraniczni goście będą zawsze chętnie witani w naszych granicach, ale na prawach miłych podróżnych, a nie narzucających swoje nowe prawa obcych emigrantów. Gdy już wewnątrz naszego moralno – narodowego barbakanu ponownie przywrócimy właściwą, bo sprawdzającą się od lat hierarchię wartości, będziemy mogli naszym dobrym przykładem wpływać na państwa położone poza naszą federacją. Nie jest to żadna homofobia, tylko niezbędna ochrona podstawowych, państwowych praw gwarantujących rozwój i przetrwanie poszczególnych krajów. Ktoś powie, że nie ma podstaw do obaw, że grupy przyjeżdżających, słabo zorganizowanych muzułmanów, czy rodzimych homoseksualistów nie są w stanie zagrozić rozwojowi naszej państwowości. Dawno temu nieodżałowany Jacek Kaczmarski śpiewał w jednej ze swoich ballad, że : „Są narody, co dojrzały do śmierci z rąk narodów niedojrzałych do życia”. Niech będzie to ważną przestrogą, której nie wolno nam nigdy lekceważyć. W przeciwnym razie możemy w niedalekiej przyszłości usłyszeć od imama Polski lub posła R. Biedronia, że jeżeli nam się nie podobają ich poglądy, to możemy się z naszego kraju wyprowadzić …

Jarosław Lewandowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*