News Ticker

Państwowy parasol

Odkąd grupy ludzi, plemiona i całe narody zaczęły się łączyć w  odrębne państwa rozpoczęła się dyskusja o roli i zakresie powinności tych organizmów  wobec swoich obywateli. Powodem takiego, a nie innego doboru ludzkiego wewnątrz własnego kraju jest wspólnota językowa, geograficzna i kulturowa. Ale również przekonanie, że państwo, które wybraliśmy za swoją ojczyznę swoimi ochronnymi działaniami zapewni nam podstawy normalnego życia w jego granicach. Poszczególni mieszkańcy związku państwowego mają swoje prawa i obowiązki, ale również państwo ma swoje powinności wobec nich. Ma obowiązek ich chronić, dbać o ich rozwój i myśleć o jego przyszłości. W jakim zakresie ma prawo i obowiązek roztaczać parasol ochronny nad swoimi „tubylcami” było, jest i będzie powodem wielu burzliwych dyskusji. Płacimy krajowi, którego jesteśmy obywatelami, przeróżne daniny i podatki, oczekując, w zamian tego, realnego bezpieczeństwa w swoim kraju.

Państwo ma obowiązek zagwarantować nam organizacje życia w ramach swoich struktur. Czyli zadbać o to, żeby drogi publiczne, linie kolejowe i główne szlaki wodne były drożne i zapewniały możliwość podróżowania wewnątrz kraju. W II Rzeczypospolitej, dużo biedniejszej od obecnej III RP, Polskie Koleje Państwowe zarządzały wszystkimi połączeniami kolejowymi i w ogóle całym kolejnictwem w naszej ojczyźnie. Państwo było właścicielem trakcji kolejowej Warszawa – Poznań, ale i maleńkiego stacyjki z peronami w Kołomyi. Dbało o punktualność i właściwą ilość pociągów nie tylko na trasie Kraków – Wilno, ale i Równe – Dubno na wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Praca na kolei była uważana za pewną i poszukiwaną, bo była to posada państwowa, bez względu, czy mówimy o kierowniku Dworca Głównego w stolicy, czy dróżnika na leżącej „w polu”, ostatniej przed granicą polsko – łotewską, stacją Zawiasy. Pracownicy PKP dostawali na czas swoje solidne wynagrodzenie, według przejazdu pociągów można było regulować zegarki, a pasażerowie byli zadowoleni ze świadczonych przez polskie koleje usług. I komu to wszystko przeszkadzało ?! Obecnie koleje składają się z dziesiątków prywatnych spółek, jedna odpowiada za perony, inna za dworce, jeszcze inna za wagony i parowozy. Pociągi jeżdżą wolniej niż przed wojną, mają kilkuset minutowe opóźnienia, a państwowe (jak długo jeszcze?) są jedynie tory. Od 1 czerwca spółka Koleje Śląskie kasuje blisko 40% swoich połączeń, jednocześnie podnosząc ceny pozostałych biletów o 10 i 20 procent. Zlikwidowane zostaną nie tylko połączenia, które są nie rentowne, ale również pociągi jeżdżące w godzinach szczytu. Cztery i pół miliona mieszkańców województwa śląskiego czeka komunikacyjny koszmar. Podobno, gdyby nie wprowadzono tych rozpaczliwych zmian, spółka by splajtowała i po Śląsku jeździłoby się do pracy PKS – em, rowerem lub okazją. Gdzie w tej sytuacji jest państwo? Czy kolejny raz abdykowało? Czy jego obowiązkiem nie jest zapewnienie podstawowych środków transportu dla swoich obywateli?

Podobnie wygląda sytuacja z budową autostrad. Boom na tworzenie nowych szos i dróg szybkiego ruchu jeszcze w latach trzydziestych rozwiązał problem bezrobocia w sąsiadujących z Polską Niemczech. Państwo niemieckie zatrudniło tysiące rodzimych pracowników, którzy wraz ze swoimi rodzinami zyskali środki do życia, a państwo zyskało drogi, które niejednokrotnie spełniają swoją rolę do dnia dzisiejszego. Dlaczego Platforma nie mogła tego samego zrobić podczas swoich sześcioletnich rządów w Polsce? Czy trzeba było zatrudniać jakieś chińskie konsorcja, które w końcu wycofały się do Chin po rozgrzebaniu roboty i doprowadzeniu do bankructwa dziesiątki swoich polskich podwykonawców? Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego i że chociaż tego rządy PO nie będą w stanie popsuć. Należało tylko zatrudnić solidnych wykonawców i uczciwie przekazać im dotacje przyznane na ten cel z Unii Europejskiej. Sprawna, państwowa organizacja powinna zapewnić możliwość zarobku polskim budowlańcom i ich rękoma wybudować dla całego społeczeństwa nowoczesne, służące przez długie lata drogi i autostrady. Ochronny parasol państwa okazał się być rynną pełną wody w której utonęło wielu rodzimych wykonawców, zawierzających państwowej inwestycji. Niemożliwe? Nie takie „cuda gospodarcze” ma na swoim koncie „partia powszechnej szczęśliwości”…

Każdy kraj myśli o przyszłości swoich obywateli prowadząc długofalową politykę pro rodzinną. W czasach, gdy coraz mniej małżeństw decyduje się na potomstwo, jednym z głównych zadań rządu musi być odwrócenie tendencji coraz większego spadku ilości narodzin dzieci w polskich rodzinach.

Na będącej poza Unią Europejską Ukrainie, gdzie, zaraz za polską granicą, można jeszcze spotkać konne wozy jeżdżące na drewnianych, pozbawionych ogumienia kołach i na terenie której w mniejszych miejscowościach ciepłą wodę włącza się tylko w określonych godzinach, rząd wie jak zadbać o swoich nowonarodzonych obywateli. Gdy matka urodzi swoje pierwsze dziecko dostaje od państwa na jego wychowanie 12 500 grywien. Następnie przez rok dostaje co miesiąc po 1 000 grywien. Przy średnich zarobkach na przykład sprzedawczyni w sklepie, na poziomie 1 200 – 1 500 grywien, są to bardzo znaczne kwoty. Po urodzeniu drugiego potomka matka dostaje jeszcze większe pieniądze, które znowu wzrastają przy narodzinach kolejnych dzieci. Po urodzinach każdego dziecka jego mama może iść na trzyletni urlop macierzyński, a po jego zakończeniu przez następne trzy lata państwo gwarantuje jej powrót na to samo lub równorzędne stanowisko pracy. Co robi polski rząd, żeby zachęcić Polki do rodzenia kolejnych maluchów? Jak żałośnie w porównaniu z powyższym przykładem wygląda polskie „becikowe” i wydłużenie do roku urlopu macierzyńskiego, którym tak bardzo szczyci się gabinet Donalda Tuska!

Myślący na serio o dzietności swojego społeczeństwa rząd powinien zakazać publicznej, anty rodzinnej działalności. Dlaczego wolno oficjalnie organizować wśród szkolnej młodzieży i to do tego na terenie szkolnych, państwowych budynków, pogadanki zachwalające homoseksualizm? Czemu ta aspołeczna, destrukcyjna dla rodziny propaganda nie spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem odpowiednich władz? Osobistego prawa do wyznawania różnych orientacji seksualnych nie można mylić z przyzwoleniem na szerzenie ich publicznej propagandy. Państwo nie może mieszać prawa do osobistych skłonności poszczególnych ludzi z propagowaniem głoszonej przez nich, antypaństwowej z punktu widzenia demograficznego, destrukcji.

Podobnie rzecz ma się z rządowym przyzwoleniem na organizację publicznych tak zwanych „parad równości”, czy jak to barwnie nazwali sami organizatorzy „marszu szmat”. Prawo do głoszenia swoich poglądów nie może być przeprowadzana kosztem publicznego zgorszenia, poprzez obsceniczny wygląd i zachowanie, które jest obrazoburcze dla dużej części społeczeństwa. Tego typu wydarzenia są organizowane w „biały dzień’ w ruchliwych centach miast. Siłą rzeczy są oglądane przez przechodzące tymi samymi ulicami małe dzieci, osoby starsze, czy innych obywateli, którzy nie życzą sobie takiego skandalizującego widoku. Dlaczego straż miejska, tak chętnie wyrzucająca do koszy na śmieci palące się znicze na Krakowskim Przedmieściu, nie interweniuje na widok publicznie demonstrujących roznegliżowanych uczestników tych ekshibicjonistycznych  pokazów? Czy państwo nie ma obowiązku chronić oczu swoich, chociaż nieletnich, obywateli przed takimi prowokacyjnymi widokami w centrum miast?

Umowa społeczna jaką zawieramy z państwem godząc się na życie w jego granicach musi gwarantować Polakom prawo do ochrony w miejscach publicznych chociaż ich podstawowej moralności. Tak samo sprawności funkcjonowania całego mechanizmu państwowego. Obywatel ma prawo wymagać od kraju, do rozwoju którego przyczynia się swoją ciężką pracą, żeby roztaczało nad nim parasol ochronny w dziedzinach do których jest powołane. Jeżeli rząd nie jest w stanie zapewnić tej państwowej ochrony swoim współmieszkańcom, to znaczy, że nie spełnia swoich podstawowych zadań. Jako społecznie nieużyteczny powinien zostać jak najszybciej zmieniony.

Jarosław Lewandowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*