News Ticker

Najgroźniejszy wulkan Europy

Obraz 412Niektóre zjawiska na świecie są zawsze jednoznaczne oceniane przez wszystkich, bez wyjątku jego mieszkańców. Należą do nich powodzie, trzęsienia ziemi, czy erupcje wulkanów. Od początków naszej cywilizacji, nikt przy zdrowych zmysłach nie budował swoich siedzib przy wylewających okresowo rzekach, nie wznosił też domów na terenie nawiedzanym trzęsieniami ziemi. Przenigdy też nie sytuowano karczm, magazynów lub spichlerzy na płody rolne na stokach wybuchających, co jakiś czas wulkanów. Nawet najprymitywniejsi ludzie, nie umiejący czytać, ani pisać mieli na tyle rozumu w głowie, by nie ryzykować straty niezbędnych do życia zapasów, umieszczając je w pobliżu dymiącego krateru. Jeżeli tylko dysponowali wiedzą o jego wybuchach z przeszłości, sami wystrzegali się tej lokalizacji i informacje o zagrożeniach przekazywali następnym pokoleniom. To nic, że rzeczony krater potrafił drzemać przez dziesiątki lat. Kiedyś spowodował niewyobrażalne szkody i głupotą byłoby kiedykolwiek o tym zapomnieć. Inne zachowanie byłoby naiwnym i nieodpowiedzialnym zaklinaniem rzeczywistości.

Dzisiaj już chyba wszyscy mieszkańcy Europy przekonali się, że takim najgroźniejszym „wulkanem” Starego Kontynentu był Związek Sowiecki, a obecnie jest Federacja Rosyjska. To eksplodujące, co jakiś czas na zewnątrz, olbrzymie państwo wielokrotnie zmieniało swoją wierzchnią szatę. Tak, jak kilkuset letni wulkan, pozwala porastać swoje stoki przez piękne kwiaty, owocowe drzewa i krzewy, kuszące do wejścia na jego zbocza, tak samo Rosjanie na przestrzeni wieków zmieniali własny zewnętrzny wygląd. Z państwa komunistycznego stali się krajem głęboko wierzącym w prawosławie, władzę pierwszego sekretarza zamienili na rządy absolutne premiera lub prezydenta. Jednak zawsze w cieniu owych zmian czaiła się wielotysięczna, ciągle modernizowana armia, gotowa do wypełniania geopolitycznych planów Kremla. I niestety, co jakiś czas zbrojnie przypominająca swoją stałą obecność.

Niestety, groźne erupcje w postaci tłumienia węgierskiego powstania z 1956 r., Praskiej Wiosny, wojen zaczepnych w Afganistanie, Gruzji, czy Czeczenii, niczego nie nauczyły Europy. Bezmyślni jej przywódcy woleli zrywać, oferowane przez kolejnych rosyjskich jednowładców, kuszące do współpracy różnorakie owoce, wyrastające z niezastygłej jeszcze lawy poprzednich wojen.

Ilu zachodnich dygnitarzy zadało sobie trud, żeby pojechać do Rosji, przejść się ulicami jej wsi i miast, porozmawiać z mieszkańcami? Zadać im pytanie, co naprawdę sądzą o Zachodzie, kto pozostaje dla nich bohaterem, którego czyny chcieliby naśladować. Gdyby jednak zagraniczni ministrowie odbyli taką niezapowiedzianą wizytę, na własne oczy zobaczyliby wciąż pielęgnowane pomniki Stalina i Lenina, wiszące tu i tam flagi Związku Sowieckiego z młotem i sierpem groźnie spoglądającym na cały świat. Gdyby tylko chcieli, musiałby ich przerazić, wcale nie wymuszane, patriotyczne manifestacje z portretami Marksa, Engelsa i Lenina, a przede wszystkim Stalina. Ten największy zbrodniarz XX wielu nadal jest kultywowany praktycznie w całej Rosji. To tak, jakby w Niemczech w dniu urodzin Hitlera odbył się wielotysięczny marsz, ochraniany przez policję z jego porterami i na jego cześć. A w Rosji takie marsze są na porządku dziennym. Ze sprawcami mordów stalinowskich w rolach głównych.

Nad Wołgą i Donem nie tylko tory kolejowe są inne, niż w całej Europie. Inne jest też myślenie większości zwykłych obywateli. Dla nich czas zatrzymał się na Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Ciągle traktują państwa Zachodu w sposób nieufny, czy wręcz wrogi. A jego gospodarkę, za użytecznego idiotę, przy pomocy którego można zabezpieczyć swoje własne interesy.

Jak można było tak bezgranicznie zaufać krajowi, który od dawna oficjalnie zgłasza imperialne aspiracje, podszyte bolszewicką ideologią, połączoną teraz doraźnie z prawosławiem? Jak bardzo trzeba było być głuchym, żeby nie słyszeć ciągłych grzmotów wydobywających się z wnętrza „rosyjskiego Wezuwiusza”? Ciągłe powtarzanie, że świat wierzy w „dobrą wolę” Rosjan jest stawaniem na krawędzi wulkanu i apelowaniem do jego odpowiedzialności, żeby jednak tym razem nie wybuchł. Co ciekawe, apele o umiar i opanowanie nadchodzi z krajów znajdujących się póki co poza zasięgiem wypływającej, śmiercionośnej lawy. Lecz, gdy militarne imperium podejdzie bliżej, dzisiejsi polityczni ignoranci mogą nawet nie zdążyć zmienić swoich priorytetów.

Obecną racją stanu całej Europy jest całkowite uniezależnienie się od zdradliwych „owoców” jakiejkolwiek współpracy z Rosją. Będąc bardzo konsekwentnym można wstrzymać wymianę towarową z Moskwą, tak, jak Zachód wstrzymał po wrześniu 1939 r. wszelkie kontakty handlowe z III Rzeszą. Po, miejmy nadzieję, zmianie sytuacji na wschodzie będzie nawet można wdrożyć drugi, tym razem pomocny dla Rosjan, plan Marshalla. Obawiam się jednak, że Rosja samowolnie nie zrezygnuje z rzucania coraz to nowych wyzwań w stosunku do reszty świata. W związku z tym musimy maksymalnie odseparować się od jej następnych imperialnych wybuchów. Dzisiaj nie Etna, czy Wezuwiusz, a właśnie Federacja Rosyjska jest najgroźniejszym, „czynnym wulkanem” Starego Kontynentu.

Jarosław Lewandowski

                                                                                                                                  

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*