News Ticker

Jak traktować Ukrainę?

W natłoku krajowych rewelacji, ministerialnych zegarków, ustawianych przetargów i pracy w zamian za polityczne poparcie, gdzieś umknął nam, rozgrywający się na naszych oczach, plebiscyt na Ukrainie. Tereny tego, stosunkowo nowego kraju, są od wieków obszarem, o który rywalizują dwie wielkie, światowe kultury : rzymsko – katolicka i bizantyjska. Przeciąganie ogromnego terytorium Europy wschodniej, raz na jedną, to znów na drugą stronę jest wpisane w dzieje tych ziem, odkąd powstał podział na cywilizację Wschodu i Zachodu. Spory rozgrywające się na obszarze zachodniej i środkowej Ukrainy wynikały z odwiecznego braku odrębnej państwowości krainy zamieszkałej przez, jak kiedyś mówiono, społeczność Rusinów. Ten brak zdecydowanych, własnych dążeń państwowotwórczych, pozwalał, praktycznie wszystkim ich sąsiadom, na zgłaszanie własnych pretensji do ziem etnicznie ukraińskich. Brak rodzimej klasy inteligencko – przywódczej, która skierowałaby dzieje tych bardzo bogatych ziem, na własne, narodowe tory, powodował przez stulecia, całkowitą niezdolność wybicia się na niepodległość. Tak naprawdę, historia jakichkolwiek „rusińskich” działań do roku 1991, gdy ostatecznie powstało niepodległe państwo ukraińskie, jest historią pojedynczych powstań, rebelii i buntów. Celem ich nie było powstanie własnego państwa, a tylko poprawa warunków bytowych lub wywalczenie sobie większej autonomii w ramach Polski, Litwy, czy Rosji. Z tego też powodu, naturalne w innych krajach , przywiązanie do całkowitej niezależności od jakichkolwiek sąsiadów, nie jest tak bardzo zakorzenione w społeczności naszego, wschodniego sąsiada.

Odkąd powstał nowy, postsowiecki ład w Europie, zachodnie państwa Starego Kontynentu nie mają wspólnego i jednoznacznego pomysłu na niepodległą Ukrainę. Inaczej patrzą na nią, leżące na drugim krańcu Unii, Francja i Hiszpania, inaczej sąsiadująca z Kijowem Polska. Dla naszego kraju, sytuacja tuż za naszą wschodnią granicą, jest o nieba ważniejsza, niż dla odległych od niej o tysiące kilometrów, południowo – zachodnich państw. Ukraina zawsze była, jest i będzie, naturalnym buforem naszego kraju, od ciągle mającej zaborcze zakusy, imperialnej Rosji. Wszystko jedno, carskiej, sowieckiej, czy teraz, putinowskiej. Natomiast dla zachodniej Europy, taką rolę pełni od stuleci Polska. My jesteśmy nie tylko mentalną, ale i faktyczną granicą Zachodu i dlatego leżące dalej od Rosji państwa, niezbyt się interesują, co wydarza się jeszcze dalej, na wschód kontynentu. A dzieje się bardzo dużo.

Umowa stowarzyszeniowa, pomiędzy Unią Europejską, a państwem trzecim, stanowi podstawę bliższej współpracy i w przyszłości ma na celu członkostwo tego państwa w Unii. Podpisana umowa stowarzyszeniowa z Ukrainą, podczas szczytu „Partnerstwa Wschodniego” w Wilnie, miała polegać na utworzeniu kompleksowej strefy wolnego handlu. Według bardzo ostrożnych, bo formułowanych przez sceptycznych, ukraińskich ekonomistów, wyliczeń, umowa stowarzyszeniowa spowodowałaby znaczny wzrost gospodarczy Ukrainy. Zwiększenie eksportu spowodowałoby zwiększenie realnego PKB naszych wschodnich sąsiadów, o prawie 1%. Po przystąpieniu do strefy wolnego handlu, ukraiński import towarów i usług z Unii Europejskiej miał wzrosnąć aż o 1,5%. Znaczy wzrost obrotu towarowego miało uzyskać rolnictwo, produkcja żywności i przemysł chemiczny. Dostęp do środków inwestycyjnych UE spowodowałby utworzenie na Ukrainie ponad 200 tysięcy nowych, dobrze opłacanych, miejsc pracy. To na początku, potem miałoby być tylko lepiej. Jeszcze we wrześniu rząd ukraiński jednomyślnie zatwierdził tekst umowy stowarzyszeniowej, czyli jego zapisy od dawna były zaakceptowane przez stronę naszych sąsiadów.  Ukraina zobowiązała się do przyjęcia szeregu ustaw, dostosowujących prawo ukraińskie do prawa unijnego, w tym znacznej reformy wymiaru sprawiedliwości. Miało to mieć wręcz kluczowe znaczenie w nawiązaniu wzajemnych częstych kontaktów handlowych. Do tej pory zachodni kontrahenci obawiali się inwestować większe środki finansowe w wymianie z Kijowem, bo ukraińskie prawo nie gwarantowało bezpieczeństwa tych transakcji. Teraz miało już wszystko odbywać się na takich samych, cywilizowanych warunkach, jak pomiędzy innymi krajami Unii Europejskiej.

Niestety, kraje Unii nie potrafiły w jasny i co najważniejsze jednoznaczny sposób, opowiedzieć się, czy tak naprawdę chcą mieć Ukrainę w swojej wspólnocie gospodarczej, czy wolą ją trzymać od siebie na dystans. Jeżeli zdecydowanie postanowiliby, że chcą realnej wspólnoty handlowej z Kijowem, to nie należało stawiać Ukraińcom kontrowersyjnego i sztywnego warunku uwolnienia Julii Tymoszenko. Żaden niezależny rząd nie lubi tak głębokiej ingerencji w swoje wyroki sądowe i rzadko kto ugnie się przed takim zewnętrznym nakazem. Nie trzeba było stawiać tej sprawy na „ostrzu noża”, tym samym dając argument dla bardzo dużej liczby ukraińskich euro sceptyków. Zupełnie jest też niezrozumiały list z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, nakazujący przed Umową Stowarzyszeniową, znaczne podniesienie cen energii elektrycznej na całej Ukrainie. To kolejny argument, dany wprost „na tacy” wschodnim rusofilom : Unia zamiast pomagać, zaczyna od podniesienia podstawowych opłat dla zwykłych zjadaczy chleba. A przecież, w ramach zachęty można było zacząć tę współpracę od skierowania konkretnych funduszy inwestycyjnych na Ukrainę. W ten sposób, dużo słabsza ekonomicznie, Rosja, samemu nic nie robiąc, tylko wykorzystując wizerunkowe błędy Unii, ostatecznie przeciąga Ukrainę na stronę swoich wyłącznych wpływów.

Oczywiście, należy postawić sobie pytanie, czy w ogóle jest możliwe praktyczne włączenie Kijowa do polityczno – gospodarczego systemu państw zachodniej Europy. Ukraina, znajdująca się od wieków w sowiecko – rosyjskiej strefie wpływów, gdy większość jej mieszkańców mówi nie po ukraińsku, ale po rosyjsku, nie tylko wyraża się, ale i myśli w języku Lermontowa, lecz też i Lenina. Świadomość narodowa Ukraińców, budowana niestety na antypolskich zbrodniach banderowców, rebeliach Chmielnickiego i Krzywonosa jest jedyną, pamiętaną formą ich narodowej odrębności. Nie odwołują się do antysowieckich walk prowadzonych przez atamana S. Petlutę, jakby wstydzili się, że jakaś część ich obywateli miała odwagę kiedyś zbrojnie wystąpić przeciwko Sowietom. Jednocześnie miliony Rusinów służących w Armii Czerwonej, do dziś utożsamia się z bardziej z ZSRS niż z własną, młodą państwowością. Duża część naszych wschodnich sąsiadów, nadal uważa, że II wojna światowa rozpoczęła się dopiero 22 czerwca 1941 r. …

Dziś nie można ostatecznie przesądzić, czy Ukraina wybrała ostatecznie kurs na wschód. Wiele obecnie na to wskazuje, lecz w polskim interesie na pewno nie jest utrzymanie tej tendencji już na zawsze.

Jarosław Lewandowski

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*