News Ticker

Dziś Mińsk, jutro Legnica

Obraz 412Kolejna ugoda mińska, zawarta ze znów nabierającym impetu, Putinem, już w momencie podpisania budziła więcej pytań, niż nadziei. Nawet dokładnie nie widomo, kto złożył swoje podpisy pod aktem umowy. Po zakończeniu negocjacji nie odbyło się wspólne spotkanie sygnatariuszy zawieszenia broni, nawet nikt nie miał odwagi pozować do wspólnego zdjęcia. Tak, jakby od początku rozmów, nikt z ich uczestników nie wierzył w przestrzeganie zapisów przyszłego porozumienia. Zresztą o jakim przestrzeganiu może być mowa, jeżeli podczas mińskiego spotkania, z Rosji na Ukrainę wjechało pięćdziesiąt sowieckich czołgów, ciężka artyleria i inne wyposażenie bojowe agresorów. Po co zapisywać w umowie nakaz wycofania z rejonu walk ciężkiej artylerii, skoro w tym samym czasie zza wschodniej granicy, wjeżdżają na Ukrainę rosyjskie armaty?

Putin dobrze wie, że każdy zachodni negocjator zgodzi się na każde ustępstwo wobec rosyjskich rebeliantów, za cenę wstrzymania walk, czyli tak naprawdę świętego spokoju na odległym wschodzie kontynentu. Dla nich nazwy Debalcewo, Mariupol, Odessa, czy Winnica brzmią tak samo obco i nic niemówiąco. Gdyby chcieli uzmysłowić sobie, że w każdej miejscowości na linii frontu giną broniący swojej ojczyzny żołnierze i mieszkająca tam ludność cywilna, nie byliby tak bierni w poszukiwaniu metod powstrzymania W. Putina.

Rosyjscy napastnicy, zwani nie wiedzieć czemu, separatystami pewnie za parę dni znów rozpoczną atak następnych ukraińskich miejscowości, a Rosja powie na to, że przecież nie ma wpływu na ich „oddolne i obywatelskie” działania. Zaraz po podpisaniu porozumień, samozwańczy przywódca tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej oświadczył, że rozejm z Mińska nie dotyczy terytorium zajmowanego przez jego terrorystów, bo … są niepodległym państwem, które nie sygnowało zawartych porozumień.

Europa cały czas chowa głowę w piasek przed własnym, realnym zagrożeniem, lawinowo zwiększającym się z każdym terytorialnym ustępstwem wobec Rosji. Nie tylko nie uczy się na cudzych błędach, ale nawet nie korzysta z własnych, co prawda średniowiecznych, ale tragicznych doświadczeń.

W latach 1240 – 41. nikomu w Europie bliżej nie znane i bardzo odległe państwo mongolskie, prawie nie zmiotło z powierzchni świata całej kultury ówczesnej Zachodniej Europy. Na wpół dzikim, silnym tylko mnogością swych sił i bezkompromisowością działań hordą Batu – Chana zamarzyło się podbicie południowo – wschodniej Europy.

Główne siły mongolskie zdobyły Budę ( dzisiejszy Budapeszt), Ostrzyhom (obecnie węgierski Esztergom), zaatakowali Chorwację i spustoszyli Bułgarię. Częścią tego ataku był najazd na Polskę, w wykonaniu wojsk Bajdara. Po opanowaniu Rusi (nomen omen!) Kijowskiej Mongołowie dotarli pod Sandomierz, część sił zaatakowała Kraków, a druga po splądrowaniu Kujaw i ziemi łęczyckiej zdobyli Łęczycę i Sieradz. Połączone siły europejskie składające się z rycerstwa dolno i górnośląskiego, małopolskiego i wielkopolskiego, rycerzy z Moraw i Niemiec, zakonów templariuszy, joannitów i krzyżaków po niewczasie, bo dopiero pod Legnicą zagrodziły drogę dzikim agresorom i wydali im rozstrzygającą bitwę. Nie na odległych ziemiach Rusi, czy Wołynia, gdzie ordy mongolskie nabierały dopiero impetu, ale w środku własnego terytorium, po spustoszeniu przez barbarzyńców dziesiątków europejskich miast i osad. Zaskoczona Europa wystawiła do walki przeciw Mongołom wszystko, czym na dany moment dysponowała. I walkę tę sromotnie przegrała. Agresorzy zastosowali po raz pierwszy w Europie, nikomu do tej pory nie znane gazy bojowe, które spowodowały panikę wśród Europejczyków. Dowódca połączonego, zachodniego rycerstwa, książę krakowski, śląski i wielkopolski Henryk II Pobożny, został wzięty do niewoli. Tam zmuszono go do ukorzenia się przed zwłokami zabitego pod Sandomierzem, sprzymierzonego z agresorami dowódcy mordwińskiego – Mokszy, a zaraz potem ścięto.

Mongołowie dobitnie pokazali tak zwanemu cywilizowanemu światu, że odległy, dziki naród może być wojskowo dużo sprawniejszy od wznoszących piękne katedry i zamki, światłych Europejczyków. Przed Mongołami stanęła otworem cała, wciąż zdziwiona ich impetem Europa. I wtedy ordyńcy zarządzili niespodziewany odwrót. Do dziś, tak naprawdę nie wiadomo dlaczego. Złożyły się na to pewnie po części wyeliminowanie z walk ponad jednej trzeciej napastników, coraz większe odległości od swoich rodzinnych koczowisk i nagła śmierć władcy mongolskiego imperium, chana Ugedeja.

Czy tak trudno dostrzec prawie pełną analogię z obecną wojną na Ukrainie? Niedoceniana, jakaś odległa armia podbija coraz to nowe tereny tysiące kilometrów od granic Zachodu. Nikogo to tak naprawdę nie obchodzi, kraje UE chętnie godzą się na ekonominację dyplomacji, wciąż licząc na profity z handlu z Rosją, kosztem zamykania oczu na ich rodzący się imperializm.

Czy znów obudzimy się, gdy obce ordy będą pod Legnicą i żadne pertraktacje, ani wymiany handlowe nie będą w stanie powstrzymać ich marszu na zachód. Mongołowie po Legnicy jeszcze spustoszyli sobie Łużyce, a to już tylko dwieście kilometrów od dzisiejszej stolicy Niemiec.

Raz rozpędzona i zachęcona swoją bezkarnością armia „zielonych separatystów” na pewno nie zatrzyma się w pół drogi, gdzieś pomiędzy Legnicą, a Wrocławiem. Sowieccy agresorzy, podobnie do mongolskich ordyńców, torturują i upokarzają swoich jeńców, za nic mają podpisane umowy i rozmawiają tylko siłowe argumenty. Rosyjska broń atomowa, niczym mongolskie gazy bojowe może przerazić i na tyle sparaliżować Zachodnią Europę, że ta nie będzie nawet potrafić wydać Rosji drugiej bitwy legnickiej…

Zachód musi sobie uświadomić, że jego wschodnia granica nie tylko w przenośni, ale jak najbardziej dosłownie jest na Bugu, a nie Odrze. Niemcy nie są w stanie zbudować na swych wschodnich rubieżach nowej Linii Zygfryda, nie mówiąc już o możliwościach obsadzenia jej odpowiednio uzbrojonym wojskiem.

Jedynym wyjściem zjednoczonego świata jest wezwanie na ostateczne rozmowy dzisiejszego chana Wschodu. Naprzeciwko W. Putina powinni usiąść prezydent Stanów Zjednoczonych, premier Kanady, Australii i premierzy państw Unii Europejskiej. I w obecności tych wszystkich przywódców trzeba zadać Rosjanom pytanie : Czego chcą od zachodniej cywilizacji? Należy to zrobić dopóki wojska współczesnych Hunów są tysiąc kilometrów od bram Unii Europejskiej.

Jarosław Lewandowski

                                                                                                                                  

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*