News Ticker

Chcemy wziąć odpowiedzialność za Polskę

Obraz 412Coraz większymi krokami zbliża się rok 2014, a więc okres pierwszych, ogólnopolskich wyborów, do euro parlamentu i samorządów, będących ważnym wstępem do najważniejszych, wyborów parlamentarnych w naszym kraju. To trzecie w kolejności, wybieranie naszych przedstawicieli do Sejmu i Senatu będzie kluczowym momentem w obecnej historii Polski. W tym plebiscycie będziemy decydowali w jakim kraju przyjdzie nam  żyć przez następne, bardzo trudne, bo kryzysowe, cztery lata. Czy nadal zdecydujemy się na III RP, czującą sentyment do Magdalenki i „grubej kreski”, w dziwny sposób powiązaną z towarzysko – biznesowym salonem, a przede wszystkim zarządzaną przez nieudolne i złe dla naszego kraju rządy PO. Czy też wybierzemy największą partię opozycyjną, mającą świeże spojrzenie na zagrożoną polską gospodarkę, nie uwikłaną w żadne pseudo – biznesowe kontakty i nie powiązaną ze szkodzącymi Polsce koteriami, tak obecnie hołubionymi zgodnie z zasadą „politycznej poprawności”.

Niestety sytuacje w naszym kraju, choć sprowadzająca się realnie do tych dwóch kierunków, dla jednych rozwoju, a dla drugich co najmniej stagnacji, jest w praktyce dużo bardziej złożona. Demokratyczne wybory wprowadzające równe traktowanie wszystkich startujących sił politycznych powodują, że zdobycie przez jedną, wygrywającą partię samodzielnej, sejmowej większości jest bardzo trudne. Parlamentarna ordynacja nie przewiduje drugiej tury wyborów, jak w przypadku głosowania na prezydentów, zarówno poszczególnych miast, jak i całego kraju. Wtedy mniejsze siły polityczne, odpadające po I turze mogą zagłosować na jednego z dwóch pozostałych na scenie kandydatów, tak, że wygrywający zawsze osiąga większość. W wyborach do Sejmu próg wyborczy, gwarantujący posiadanie swoich przedstawicieli na ul. Wiejskiej wynosi tylko 5% wszystkich oddanych głosów. Może więc się zdarzyć i tak się dzieje prawie zawsze, że samodzielne sprawowanie władzy przez arytmetycznego zwycięzcę jest w praktyce niemożliwe. Musi dobrać sobie co najmniej jednego koalicjanta, żeby móc uzyskać sejmową większość. W ten sposób odpowiedzialność za nowy rząd rozkłada się na wszystkie sprawujące władzę ugrupowania. Niby zwycięska partia nie może w pełni realizować swojego programu wyborczego, bo jeżeli chce rządzić musi iść na programowe ustępstwa względem swoich, matematycznie wymuszonych koalicjantów. Gdy trzeba dobrać więcej niż jednego współrządzącego powstaje istna polityczna „wieża Babel”, tak naprawdę nie będąca w stanie realizować żadnego spójnego i jednolitego programu.

A jak w takim razie  powstawały kolejne gabinety już w wolnej, II Rzeczypospolitej? Pierwsze trzy ekipy rządzące powołane przez Radę Regencyjną jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, J. Kanty – Steczkowskiego, J. Kucharzewskiego i J. Świeżyńskiego, w okresie od 4 kwietnia do 3 listopada 1918 r., były raczej komitetami organizującymi nową administrację kraju, niż rządami realnie sprawującymi władzę. Pierwszy, niepodległy polski gabinet na czele z Jędrzejem Moraczewskim, powołany 17 listopada 1918 r., będącym jak to wtedy określano, prezydentem Rady Ministrów, został powołany osobiście przez Józefa Piłsudskiego. Miał charakter tylko gabinetu przejściowego, którego zadaniem było przeprowadzenie pierwszych wyborów do Sejmu Ustawodawczego. Następne gabinety zostały tworzone na podstawie uchwalonej 20 lutego 1919 r. tzw. „Małej Konstytucji”, według której rządy były powoływane przez Naczelnika Państwa w porozumieniu z Sejmem. Powstała  17 marca 1921 r. nowa ustawa zasadnicza, zwana Konstytucją Marcową zmieniła zasady powoływania i odwoływania Prezesa Rady Ministrów. Od jej wejścia w życie, premiera powoływał Prezydent RP, a potem, na jego wniosek, poszczególnych ministrów w jego gabinecie. Od zamachu majowego,12 – 15 maja 1926 r., do powstania następnej, Konstytucji Kwietniowej ( 23 kwietnia 1935 r.) marszałek Józef Piłsudski wskazywał prezydentowi I. Mościckiemu kandydatów na kolejnych premierów i poszczególnych ministrów. Dwa ostatnie rządy II RP, powstałe już po śmierci marszałka J. Piłsudskiego, premierów : Mariana Zyndram – Kościałkowskiego ( 13 października 1935 r. – 15 maja 1936 r.) i gen. Felicjana Sławoja – Składkowskiego ( 16 maja 1936 r. – 30 września 1939 r.) powstały na skutek porozumienia prezydenta I. Mościckiego z Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych gen. dywizji, a potem marszałkiem Edwardem Rydzem – Śmigłym. Ogółem w okresie Dwudziestolecia Międzywojennego w naszym kraju powstało 30 gabinetów rządowych, w których funkcję Prezesa Rady Ministrów pełniło 19 różnych premierów. Niektórzy z nich sprawowali ten urząd parokrotnie ( Kazimierz Bartel – 5 razy, Wincenty Witos i Walery Sławek – 3 razy, Antoni Ponikowski, Władysław Grabski i Józef Piłsudski – 2 razy). Wszystkie te rządy były gabinetami koalicyjnymi, praktycznie zawsze, pomimo wielokrotnie narzucanych odgórnie, przez Józefa Piłsudskiego, personaliów, działały na zasadzie porozumienia największych sejmowych stronnictw. Żaden przedwojenny polski gabinet nie był monolitem jednej partii, przez co tak częste przesilenia rządowe i liczne zmiany Prezesa Rady Ministrów. Najdłużej działający, ostatni rząd F. Sławoj – Składkowskiego, choć najbardziej stabilny ze wszystkich gabinetów międzywojnia, też był sztuką kompromisu pomiędzy licznymi partiami sejmowymi. Dwaj jego członkowie byli generałami WP (premier będący też ministrem spraw wewnętrznych oraz ministrem spraw wojskowych), dwaj oficerami zawodowymi (minister spraw zagranicznych oraz minister poczt i telegrafów) , dwaj członkami Obozu Zjednoczenia Narodowego ( ministrowie : skarbu i komunikacji) , dwaj bezpartyjni ( ministrowie : wyznań religijnych i oświecenia publicznego oraz przemysłu i handlu), jeden był członkiem BBWR ( minister opieki społecznej), a jeden wywodził się z PSL „Wyzwolenie” (minister rolnictwa). Prawdziwa mozaika partii i stronnictw politycznych!

Podobnie było po odzyskaniu niepodległości w roku 1989. Do pierwszego rządu kontraktowego Tadeusza Mazowieckiego, będącego wynikiem „okrągłostołowej” umowy, stanowiącej przedłużenie komunistycznej koalicji PZPR – ZSL – SD zostało dokooptowanych, na zasadzie „kwiatka do kożucha”, paru przedstawicieli „Solidarności”. Rządowi, którego głównym zadaniem było utrzymać dawne status quo w myśl nieprzekraczalnej „grubej kreski”, pomimo pozornej odmienności poglądów, bardzo dobrze udało się wypełnić swoją niechlubną misję. Następny gabinet Krzysztofa Bieleckiego, sprawujący władzę prawie przez cały rok 1991 składał się z pozornie zbieżnej ideowo koalicji : Kongres Liberalno – Demokratyczny (KLD) – Zjednoczenie Chrześcijańsko Narodowe (ZChN) – Porozumienie Centrum (PC) – Stronnictwo Demokratyczne (SD). Jednakże zdecydowana przewaga „strażników Magdalenki” uniemożliwiła mu rozpoczęcie prawdziwych reform w naszym kraju. Kolejny rząd stanął wreszcie przed wyjątkową szansą „ruszenia z posad bryły Polski”. Jan Olszewski sformułował gabinet składający się z 4 ministrów z PC, 3 z ZChN, 2 z Polskiego Stronnictwa Ludowego – Porozumienia Ludowego (PSL – PL) i jednego przedstawiciela Partii Chrześcijańskich Demokratów (PChD). Premier chcący wreszcie rozliczyć słusznie minioną epokę spotkał się niestety z powstałą ad hoc pozarządową koalicją pod wodzą prezydenta Lecha Wałęsy. Do annałów polskiej polityki przejdzie nerwowe nawoływanie jeszcze wtedy bardzo młodego Donalda Tuska : „Panowie, policzmy głosy!” Znowu sejmowa arytmetyka stanęła na przeszkodzie przeprowadzenia polskiej dekomunizacji. Od tego też czasu datuje się tak bardzo praktyczna i pomocna przyjaźń Lecha Wałęsa i Donalda Tuska. Przyjaźń dużo bardziej niezawodna niż szorstkie uczucie, którym obdarzyli się parę lat później Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller … Krótki, nieudany epizod W. Pawlaka poprzedził ponad dziesięciomiesięczne rządy H. Suchockiej. Kogoż nie było w tamtej Radzie Ministrów? Poza postkomunistami, chyba wszystkie ugrupowania sejmowe : Unia Demokratyczna (UD) – KLD – ZChN – PChD – PSL PL. Znowu wiele różnych koncepcji i brak spójnego pomysłu na sprawne rządzenie krajem. Taka nieefektywna różnorodność musiała prowadzić do następnego  przejęcia władzy przez zupełnie inne, post komunistyczne ugrupowania. Począwszy od 26 października 1993 r. rządy w Polsce wróciły do tych, którzy je niby oddali w roku 1989. Kolejne koalicje premierów : W. Pawlaka (PSL – SLD – Bezpartyjny Blok Wspierania Reform (BBWR) – UP), J. Oleksego (SLD – PSL) i W. Cimoszewicza (SLD – PSL) trwały aż do 31 października 1997 r. Pod kuratelami wspierającego lewą nogę prezydenta Lecha Wałęsy i nie kryjącego swoich skrajnie lewicowych poglądów prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego lewica sprawnie dla siebie administrowała krajem, skutecznie zwalczając bezrobocie we własnych szeregach. Gdy sprawujący pełną władzę post komuniści zostali w następnych wyborach odsunięci od władzy, nastała era Akcji Wyborczej Solidarność (AWS). Jednakże ich koalicjant – Unia Wolności, jako wierny gwarant ustaleń z Magdalenki, zadbała o dalsze byle trwanie polskiego państwa. Po wielu kłótniach w ramach tej dziwnej koalicji władzę ponownie przejęli postkomuniści w postaci rządów L. Millera i M. Belki. Oba te gabinety w swoim, można by powiedzieć, odwiecznym, sprawdzonym składzie : SLD, PSL i UP administrowały Polską aż do nastania rządów Prawa i Sprawiedliwości w dniu 31 października 2005 r. I znowu, jakże boleśnie dał się odczuć brak odpowiedzialnego za kraj koalicjanta. Platforma Obywatelska święcie obrażona na społeczeństwo, że nie wygrała parlamentarnych wyborów, odmówiła wejścia z PiS-em do wspólnej koalicji. Z braku innych alternatyw byliśmy skazani od samego początku na zły triumwirat z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. Właśnie odpowiedzialność za skuteczne rządy kazała Prawu i Sprawiedliwości rozpisać przedterminowe wybory. Pomimo tego, że osiągnęliśmy lepszy wynik, niż w wygranych przez nas, poprzednich wyborach, zostaliśmy odsunięci od władzy. Czy Platformę byłoby kiedykolwiek stać na taką decyzję?

Coraz bardziej realne staje się wyborcze zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości, które, niestety, wcale nie musi skutkować utworzeniem przez PiS swojego autorskiego rządu. Stara zasada „siła złego na jednego” może zadziałać na naszą niekorzyść. Pan premier D. Tusk zapewne zawiąże koalicję z każdym przeciwko PiS-owi, żeby tylko utrzymać się u władzy. Nie sądzę, żeby pogardził nawet „Ruchem Palikota”, gdy będzie taka potrzeba. Potem wytłumaczy to, w okrągłych zdaniach, koniecznością ratowania Polski przed strasznym, PiS-owskim terrorem… A że nie będzie mógł przy udziale wielu przypadkowych koalicjantów skutecznie rządzić? W końcu od sześciu lat, to żadna dla niego nowość.

Jeżeli, jak powiedział na sosnowieckim
Kongresie premier Jarosław Kaczyński,  naprawdę chcemy wziąć odpowiedzialność za Polskę, to musimy stworzyć sobie warunki do zmierzenia się z tym zaszczytnym, ale i trudnym wyzwaniem. Będzie to możliwe tylko wtedy, gdy zdołamy samodzielnie rządzić Polską, nie oglądając się na żadnych koalicjantów, którzy tylko by spowalniali realizację naszej wizji rozwoju kraju w okresie światowego kryzysu. Żeby tak się stało musimy w wyborach do Sejmu osiągnąć arytmetyczną większość, czyli zdobyć powyżej 40% oddanych głosów. Czyli powinniśmy odnieść wyborczy sukces w skali do tej pory w nowożytnej Polsce nie spotykanej!

Jak tego dokonać i czy jest to w ogóle realne? Myślę, że obecnie mamy niepowtarzalną możliwość, być może największą od zakończenia wojny, na samodzielne rządy jednej, do tej pory opozycyjnej, partii. Spróbujmy policzyć nasze szanse. Stały elektorat Prawa i Sprawiedliwości liczy około 30% uczestniczących w wyborach. Realnie patrząc, naszymi merytorycznymi pomysłami na Polskę, które już przedstawialiśmy na wielu debatach tematycznych i które będziemy organizować do samych wyborów, jesteśmy w stanie  przekonać do siebie następne 6% – 7% niezdecydowanych. Proponując dobre i naprawdę korzystne dla polskiej wsi zmiany obecnej polityki rolnej i terenów wiejskich, skuteczny plan dużo lepszego pozyskiwania środków unijnych wraz z gwarancjami ich uczciwego podziału możemy odebrać PSL- owi 2% – 3% głosów. Przy zwyczajowym poparciu dla tej partii na poziomie 5% – 6% spowoduje to, że stronnictwo J. Piechocińskiego i W. Pawlaka w ogóle by się nie dostało do parlamentu. Ogromne znaczenie będzie miało przekonanie zwolenników PJN –u i „Solidarnej Polski”, że głosy oddane na te ugrupowania będą tak naprawdę głosami straconymi. Realnie patrząc żadna z tych partii nie ma szans przekroczyć 5% – go progu wyborczego. Należy już teraz zapraszać ich elektorat do dokładnego zapoznania się z naszym programem i apelować do nich o szczególną odpowiedzialność za nasz kraj i nie marnowanie swojego, cennego głosu. Być może właśnie odpowiedzialności popierających PJN i Solidarną Polskę, w sumie 5% – 6% głosujących wyborców, będziemy mogli zawdzięczać, po najbliższych wyborach, samodzielne rządy PiS –u. Sukces naszego przyszłego rządu będzie, jak najbardziej również i ich sukcesem.

Przy obecnej tendencji równi pochyłej, ciągle wspieranej wewnętrznymi kłótniami, kumoterstwem i wyalienowaniem ze społeczeństwa partia „coraz mniejszej miłości” będzie pewnie mogła liczyć w wyborach 2015 r. na 20% – 25% głosów. Reszta zawiedzonego, czy wręcz oszukanego elektoratu PO zapewne zostanie w domu, nie idąc w ogóle do lokali wyborczych. Skłócona wewnętrznie lewica, od lat nie potrafiąca mówić jednym głosem i w ogóle nie mająca zamiaru zająć się żadnym ważnym problemem społecznym, dostanie pewnie około 10% głosów dawnego, postkomunistycznego elektoratu. Antyklerykalny i obrazoburczy „Ruch Palikota”, który zawiódł oczekiwania swoich ostatnich zwolenników (na każdym rogu nie ma legalnych narkotyków, homoseksualiści nie wyparli z życia publicznego rodziny i nadal nie można legalnie współżyć z trzynastolatkami) zyska prawdopodobnie poparcie na poziomie tego z ostatnich elbląskich wyborów, czyli 2% – 3%, co będzie oznaczało ich definitywne pożegnanie się z ławami przy ul. Wiejskiej. Inne pomniejsze partie dostaną pewnie nie więcej, jak w sumie do 5% głosów.

Podsumujmy nasze wirtualne, ale mam nadzieje mogące się zdarzyć naprawdę wybory 2014 roku.

Prawo i Sprawiedliwość – 30% (starego elektoratu) + 6% (do tej pory niezdecydowani) + 2% (elektorat PSL) + 5% (elektorat PJN i Solidarnej Polski) = 43% oddanych głosów

Platforma Obywatelska – 25% oddanych głosów

Sojusz Lewicy Demokratycznej – 10% oddanych głosów

Inne partie w ogóle nie wchodzą do Sejmu.

Przy takim wyniku wyborów PiS może samodzielnie utworzyć swój, niezależny od żadnego koalicjanta, rząd cieszący się niezagrożoną i stałą sejmową większością. W takiej sytuacji będziemy wreszcie mogli wziąć CAŁKOWITĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA POLSKĘ !!! Niewykonalne? Jak  najbardziej realne! Trzeba tylko od jutra z jeszcze większym zapałem i wiarą w tak korzystny sukces, zabrać się do pracy. Pracy na wszystkich możliwych poziomach, we wszystkich środowiskach, grupach społecznych i zawodowych. Polska może już nie wytrzymać kolejnej kadencji rządów Platformy.

Jarosław Lewandowski

1 Comment on Chcemy wziąć odpowiedzialność za Polskę

  1. Krzysztof Skalski // 2 lipca 2013 at 10:24 // Odpowiedz

    No i co mam skomentować? Znowu świetny tekst, bardzo lubię te Twoje przeglądy historyczne. Podyskutować mogę tylko z tezą o rządzie Mazowieckiego. Piszesz, że to było przedłużenie koalicji PZPR-ZSL-SD dokooptowane o kilku solidarnościowców. To jednak, przynajmniej na początku, lepiej wyglądało. Kaczyńskiemu udało się namówić Wałka do rezygnacji z Geremka i wysunięcia Mazowieckiego – a wtedy on nie był z obozu Geremka, dopiero później się połączyli. I samemu zmontować koalicję z ZSL i SD. To, że Mazowiecki dobrał do rządu Kiszczaka, Siwickiego i Święcickiego, to już był autorski pomysł premiera. Nie musiał, rząd spokojnie mógł funkcjonować bez tego. Ech, jakby mogło być pięknie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*