News Ticker

…bliźniego swego, jak siebie… Hrubieszów 1944

Jest lipiec 1944. To już blisko 70 lat temu!  A jednak dawne opowieści Ojca wracają, dodając życia historii, a niekiedy weryfikując obiegowe opinie o nas, Polakach i o tamtych czasach.

Czy może to mieć wpływ na nasze obecne rozumienie i odczuwanie tego, co istotne dla nas,  ludzi spragnionych narodowej dumy tak często odrzucanej I wykpiwanej przez tych, co teraz są “na górze”?

Nie chcemy wciąż przepraszać za winy niepopełnione, chcemy być dumni z naszej przeszłości I mamy z czego, bo wielu naszych przodków dało przykład heroizmu i postawy moralnej, jaką dziś już chyba niewielu potrafiłoby się wykazać.

A jednak ludzie zawsze byli różni I tak jak teraz, oprócz tych dzielnych, dążących do prawdy, wolności i sprawiedliwości, mamy krętaczy i  zakłamanych karierowiczów, tak i kiedyś obok bohaterów, oraz  ludzi po prostu dobrych I uczciwych zadarzali się podli i cyniczni, a czasem tacy, którym zle emocje odbierały zdolność do moralnego osądu. Byli też  naiwni, wieczni optymiść, którzy “wierzą w ludzi” i nie chcą przyjmować “teorii spiskowych”

A więc tamten lipiec, masteczko nadbużańskie Hrubieszów. Właśnie wycofały się wojska niemieckie i przetoczyły oddziały Sowietów. Jednak nie pokazywali się oni zbyt ostentacyjnie. Zamiast nich po miasteczku jeździły ciężarówki wypełnione Polakami, żołnierzami w polskich mundurach, każda ciężarówka z wielką biało-czerwoną flagą a żołnierze w przedwojennych jeszcze rogatywkach śpiewali polskie, patriotyczne piosenki.

Wielu mieszkańców ucieszyło się, bo oto zakończy sie wkrótce wojna, a Polska zostanie wyzwolona. To nic, że weszli Sowieci, może oni nie są tacy straszni? To przecież polscy żołnierze są na ulicach… Ludzie byli spragnieni odrobiny optymizmu. A przecież to dla tych ufnych został przygotowany ten teatr.

Następny dzień niektórym ten optymizm odebrał. Pewnie byli to ci, którzy i tak nie spodziewali sie niczego dobrego, dla nich zamiast propagandy przeznaczono terror, planowe zastraszanie. W różnych punktach miasteczka odnajdowano ciała: w jakimś garażu był to aptekarz, gdzie indziej ksiądz, na przedmieściu miejscowy adwokat… Nie, nie było brania zakładników, publicznych egzekucji i groźnych obwieszczeń. Zastraszyć należało tych, których nie da się przekonać pustymi gestami,  fałszywą, zakłamaną “przyjaźnią” sowieckich morderców i udawanym patriotyzmem ich polskich, komunistycznych pomocników.  Dla tych nieprzekonanych był przeznaczony  widok ciał z dziurami w głowie.

Czyż nie przypomina to czegoś z niedawnej przeszłości?  Kto uwierzy, niech zostanie przyjacielem, a nieprzekonani, niech się boją. To z pewnością lepsza socjotechnika od niemieckiego, wszechogarniającego terroru.

Ci co uwierzyli, byli po prostu naiwni. Nie zdawali sobie sprawy z sytuacji i z faktycznych intencji nowgo okupanta. Ale byli też inni, cyniczni i przebiegli, choć ta przebiegłość czasem ich zawodziła. Jak choćby wcześniej, gestapowiec, blondynek, który zaraz na początku okupacji zapisał się na volkslistę, choć po niemiecku znał tylko parę słów.  Nie narodowość, lecz chęć szczera zrobi z ciebie… no może nie oficera, ale szeregowego funkcjonariusza policji politycznej Rzeszy.

Przechodząc ulicą uderzył w twarz ten niemiecki funkcjonariusz swojego sąsiada i znajomego, a mojego Ojca tak za nic, dla rozrywki. Ale to był drobiazg, wsławił się później znacznie większą butą i okrucieństwem. No i nie doczekał się czasów, gdy miałby szansę, jeśli by to zrobił w porę, wylądować bezpiecznie jako funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa, co udało się niejednemu z jego kolegów. Tacy są zawsze potrzebni i na ogół wiedzą, z kim należy trzymać. Chyba, że mają pecha, co się niekiedy zdarza.  Ten volksdeutch został w końcu zlikwidowany przez miejscową komórkę AK, do której, jako oficer zawodowy należał mój Ojciec.

A teraz wydarzenie, o którym większość z nas Polaków, wolałaby nie wiedzieć.  W tamtych rejonach AK, bardziej nawet niż z Niemcami, walczyła wtedy z Ukraińcami. Odwrotnie, niż na Wołyniu, było ich tam mniej niż Polaków. Wieść o okrucieństwach za Bugiem dotarła bardzo szybko. Ukraińcy na tych terenach to nie byli ci sami ludzie, którzy tam mordowali niewinnych Polaków, oni tamtych przecież nawet nie znali. Wojna jednak potrafi zabić ludzkie uczucia i choć będzie to twierdzenie niepopularne wiem, że zdarzało się to po różnych stronach. Mój Ociec na własne uszy słyszał od kogoś (a ja od niego) o tym, że “dla mnie wziąć ukraińskie dziecko za nóżki I roztrzaskać mu główkę o ścianę to nic nadzwyczajnego “.

Może to i były akcje odwetowe,  pewnie liczba zamordowanych po stronie polskiej była znacznie większa niż po ukraińskiej, jednak  dla matki tego ukraińskiego niemowlecia to, że nie znani jej rodacy w okrutny sposób zabijali bezbronnych Polaków 100 km dalej na wschód, raczej nie było wytłumaczeniem i usprawiedliwieniem…

A z drugiej strony byli przecież Ukraińcy na Wołyniu, którzy ratowali Plaków przed zagładą z rąk swych pobratymców, ukrywając ich.

To była straszna przeszłość I nie należy zapominać o ofiarach. Tym bardziej straszna, że przecież wspólnymi wrogami zarówno Ukrainców, jak I Polaków były wtedy hitlerowskie Niemcy i stalinowska Rosja.  Teraz czasy są inne, ale nadal oba nasze narody znajdują się pomiędzy tymi potężnymi sasiadami. Zwłaszcza współczesna, daleka od prawdziwej demokracji Rosja rzuca potężny cień na oba nasze kraje. I z tym oba nasze narody będą musiały jakoś sobie poradzić, jeśli zechcą żyć w dobrobycie, a przede wszystkim odzyskać to, co najcenniejsze, narodową godność.

Zbigniew D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*